Akt oskarżenia w tej sprawie Prokuratura Rejonowa w Skierniewicach skierowała do łódzkiego sądu okręgowego - powiedział w środę PAP rzecznik Prokuratury Okręgowej w Łodzi Krzysztof Kopania.

Reklama

Oskarżony to 50-letni Witold L.; według prokuratury do zbrodni doszło pomiędzy 31 marca, a 3 kwietnia ub. roku.

Jak ustalono, kobieta mieszkała wspólnie z rodzicami i - od pewnego czasu - ze starszym od siebie mężczyzną, który przedstawiał się jako Adrian S. Miał on rzekomo posiadać stację paliw w Skierniewicach, a pokrzywdzona miała u niego pracować.

Ustalono, że 31 marca ub. roku oboje wyszli z domu i odjechali samochodem marki daewoo matiz. Kiedy nie wrócili, rodzina kobiety rozpoczęła poszukiwania. 2 kwietnia zawiadomiła policję o zaginięciu. W międzyczasie siostra zaginionej ustaliła, że mężczyzna to nie Adrian S., tylko Witold L.

Kilka dnia później Witolda L. zatrzymali przypadkowo policjanci w Elblągu. Znaleziono go pijanego na klatce schodowej jednego z bloków; miał przy sobie podróżną torbę.

50-latek w śledztwie przyznał się do uduszenia kobiety. Z jego relacji wynika, że oboje pojechali samochodem do pobliskiego lasu; tam udusił 33-latkę, a następnie porzucił auto z jej ciałem. Wskazał dwie lokalizacje - ostatecznie policjanci znaleźli samochód w rejonie dworca kolejowego w Skierniewicach. Na tylnym siedzeniu znajdowały się zwłoki ofiary przykryte ubraniami.



Wyniki sekcji zwłok potwierdziły, że 33-latka została uduszona poprzez zakrywanie ust i nosa. Nie stwierdzono na jej ciele żadnych śladów obronnych.

"Podejrzany mówił w śledztwie, że pokrzywdzona sama chciała, żeby ją zabił, ponieważ chcieli być razem, ale nie mogli ze względu na brak środków finansowych. Następnie mężczyzna - według jego wyjaśnień - zamierzał popełnić samobójstwo, ale brakło mu odwagi" - powiedział Kopania.

Reklama

Ta wersja zdarzeń - według śledczych - nie jest jednak do końca przekonywująca. Z relacji świadków wiadomo, że pokrzywdzona zamierzała skończyć tę znajomość. Już raz para zerwała ze sobą w okolicach Walentynek, ale po prośbach mężczyzny ponownie się zeszła. Oskarżony podawał też inne imię i nazwisko, poza tym zniknęła biżuteria ofiary. Nie wiadomo też, dlaczego kobieta okłamywała rodzinę, bo oskarżony nie miał stacji paliw a ona u niego nie pracowała.

"Pewne jest, że kobieta była pod dużym wpływem oskarżonego. Wprowadzała rodzinę w błąd, co do jego osoby. Wersja przedstawiona przez oskarżonego wydaje się nie do końca wiarygodna" - zaznaczył prok. Kopania.