W stołecznej Warszawie jest o 2012 więcej narodzin niż zgonów. Dodatni przyrost naturalny nie dziwi także w akademickich Krakowie czy Gdańsku. Jednak Rzeszów i Białystok są zagadką. Dużą w nich dzietność eksperci tłumaczą... tradycją. – Tak zawsze było i miejmy nadzieję, że tak się utrzyma – mówi Lucjana Rozborska, dyrektor Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej w Rzeszowie.

Reklama

Jednak nie każde miasto może liczyć na tradycję, magnes w postaci renomowanych wyższych uczelni czy atrakcyjnego rynku pracy. Wiele miejscowości boryka się z problemem starzejącej się społeczności. W czołówce jest Łódź. W I półroczu 2011 r. zmarło o 3620 osób więcej, niż się urodziło. I nie chodzi tylko o to, że łodzianie żyją krócej. Problemem jest wyraźna niechęć do rodzenia dzieci. Na tysiąc mieszkańców rodzi się zaledwie 8,5 dziecka. Dla porównania w Warszawie jest ich ponad 11. Z raportu Związku Miast Polskich i GUS wynika, że z Łodzi do 2035 r. ubędzie 21 proc. mieszkańców.

W dramatycznej sytuacji może się znaleźć cały region świętokrzyski oraz lubelski. I tylko trzy województwa będą mogły liczyć na zwiększenie liczby mieszkańców – pomorskie, mazowieckie i małopolskie. W pozostałych mieszkańców będzie mniej, na Śląsku nawet o 583 tys. osób.

Jednak na wyludnianie się miast oprócz dzietności ma także wpływ migracji za pracą. Dlatego samorządy powinny niezależnie od polityki centralnej zrobić wszystko, nie tylko by powstrzymać wyjazdy, lecz także zachęcić do przyjazdów. W polityce demograficznej samorządów widać niepokojącą tendencję: o demografię martwią się gminy bogate. I tak Grodzisk Mazowiecki, który należy do jednej z bogatszych gmin w Polsce, jako pierwszy w 2008 r. wprowadził tzw. karty rodzinne dla rodzin wielodzietnych. Dzięki nim rodziny z co najmniej czwórką dzieci mają darmowe bilety na przejazdy komunikacją miejską i tanie bilety na wydarzenia sportowe i kulturalne.

Także w Gdańsku, choć niewiele wskazuje, by groziła mu zapaść demograficzna, już dwa lata temu wprowadzono dla rodzin z trójką dzieci darmowe przejazdy, ulgi na kursy językowe czy wizyty w zoo. – W zeszłym roku kosztowało nas to 3 mln zł – mówi Magdalena Kuczyńska z Urzędu Miasta Gdańsk. Na pięcioosobową rodzinę wypada 300 zł rocznie. I dodaje, że to jasny sygnał dla mieszkańców, iż miasto wspiera rodziny wielodzietne.

Miejscowości, nad którymi wisi demograficzny topór, nie są skłonne do podobnych działań. Samorządowcy w Łodzi już od dwóch lat przymierzają się do wprowadzenia tzw. Karty Dużej Rodziny. Na razie bez rezultatów, bo jak twierdzi radny Piotr Adamczyk, gmina się boi, że będzie to zbyt duże obciążenie dla jej budżetu. Podobnie jest w Bydgoszczy, gdzie przyrost jest ujemny. – Trwają obecnie analizy dotyczące przygotowania podobnych rozwiązań jak w pozostałych dużych miastach – mówi Piotr Kurek, rzecznik prasowy prezydenta Bydgoszczy.

W Katowicach, które mają fatalne prognozy demograficzne, co prawda wprowadzono program wspierania rodzin wielodzietnych „Nas troje i więcej”, jednak postarano się, by to zrobić bezkosztowo – w jednej rodzinie wydano na osobę 13 zł. Bonusem było zdobycie firm, które zgodziły się zaoferować zniżki dla rodzin wielodzietnych.

Na radykalne rozwiązania zdecydowało się woj. opolskie. Tu nie ma kart rodzinnych. Jest za to plan wprowadzenia specjalnej strefy demograficznej, w której będą obowiązywały zniżki do żłobków czy ulgi podatkowe dla dużych rodzin.