33-letni Grzegorz jest ofiarą wypadku w czasie pracy - maszyna do miażdżenia kamieni odcięła mu fragment twarzy i zniszczyła kości czaszki. Z podwrocławskiej miejscowości mężczyzna śmigłowcem zostaje przetransportowany do Uniwersyteckiego Szpitala Klinicznego we Wrocławiu.

Sęk w tym, że odcięty fragment twarzy, choć dobrze zachowany, musi zostać na miejscu wypadku. Tak zdecydował prokurator, który zjawił się na miejscu. Tłumaczył to koniecznością dokończenia oględzin miejsca wypadku - opisuje "Gazeta Wyborcza".

Jak się później okazało, ten czas okazał się bardzo istotny. Gdy po kilku godzinach odcięty fragment twarzy dotarł do szpitala, lekarze natychmiast oczyścili go i rozpoczęli przyszywanie. W kolejnych dniach po wielogodzinnej operacji okazuje się jednak, że przeprowadzono ją za późno, a sama twarz zbyt długo pozostawała niedokrwiona. Zaczynają pojawiać się objawy martwicy. Wtedy lekarze zdecydowali się zwrócić z prośbą o pomoc do chirurgów z Gliwic.

Ci swe działania rozpoczęli od usuwania fragmentów objętych martwicą i rozważania opcji przeszczepu. Gdy zgodę wyraził pacjent i jego rodzina, rozpoczęto poszukiwania dawcy. To, że znalazł się on tak szybko i że jego rodzina natychmiast wyraziła zgodę na przeszczep, można nazwać cudem. Zazwyczaj bowiem na odpowiedniego dawcę przy tego rodzaju zabiegach czeka się rok, a nawet kilka lat. 

Cała operacja pobrania i przyszycia nowej twarzy trwała 27 godzin. Układ odpornościowy pacjenta jest w tej chwili zagłuszany przez leki, by ograniczyć możliwość odrzucenia przeszczepu. Optymistyczny wariant zakłada, że już za kilka dni 33-latek zacznie jeść. W szpitalu pozostanie jeszcze przez co najmniej kilka tygodni. Nie będzie podobny do człowieka, którego twarz dostał.