Dorota Kalinowska: Człowiek nie żyje, a Pan przyjeżdża do niego z… 

Adam Ragiel: … płynami do dezynfekcji zwłok i toalety pośmiertnej, a także dwoma innymi walizami wypełnionymi: szczotkami, suszarkami, wałkami, obcinaczkami do paznokci, pilnikami, tipsami - jeżeli ktoś ma takie życzenie. Są tam też kosmetyki pośmiertne, czyli specjalne podkłady, fluidy i pudry.

Ogólnie dostępnych kosmetyków Pan w ogóle nie używa? 

Ależ używam, ale jeśli mówimy o makijażu pośmiertnym. Samych szminek mam koło 20, cieni do powiek - 40, a tusze do rzęs są 3-4. Zawsze naturalne i zawsze z najwyższej półki, bo muszą wytrzymać zmianę temperatur. Moja żona czasem się śmieje, że chciałaby mieć połowę z tych rzeczy.

A co by się stało, gdyby użył Pan podkładu z drogerii? 

Nie sposób byłoby zatuszować zmian pośmiertnych, w tym przede wszystkim plam opadowych. Poza tym specjalistyczne kosmetyki mają inną konsystencję i wytrzymałość.

Gdybyśmy się jednak uparli...

… to musielibyśmy nałożyć trzy-cztery takie warstwy, po kolei. Wyglądałoby to sztucznie: twarz jak manekin. Tymczasem profesjonalne kosmetyki nanosi się tylko raz. I co ciekawe, także w tym przypadku, jest w czym wybierać. Samych odcieni skóry jest aż 36, choć w Europie ograniczam się do 10-12. 

I ile to wszystko waży? 

W sumie to może być i około 30 kilogramów. Ale autem to przewożę, więc nie ma dla mnie znaczenia, czy zlecenie jest z prosektorium, domu pogrzebowego czy np. jadę do domu klienta.

Przyjeżdża Pan na miejsce. Załóżmy, że zwłoki są w złym stanie. Mężczyzna z wypadku, otwarte złamanie z przemieszczeniem, brak nosa. Co Pan robi w pierwszej kolejności? 

Pierwsza podstawowa sprawa to dezynfekcja zwłok. Potem obmycie ciała, a następnie zabezpieczenie złamań, czyli połączenie kości klamrami, żeby nadać np. nodze odpowiednią formę. Potem trzeba to wszystko zabezpieczyć, żeby nic nie wyciekało i zatuszować obtarcia naskórka.

Ale czym?!

Jest taki absorbent, który nawet jeśli zdarzy się tak, że płyn zacznie wyciekać, to zamieni go w żel. Ciało się później zaszywa i używa kleju silikonowego, który ma imitować sztuczny naskórek.

A balsamacja? 

Jeżeli taka jest wola rodziny zmarłego, to robię ją już po dezynfekcji i toalecie ciała. Specjalnymi pompami - jak przy transfuzji krwi - podaję wówczas koło 7 litrów płynu konserwująco-odkażająco-kosmetycznego, np. o zapachu poziomki. Ma on nasączyć wszystkie tkanki i zabezpieczyć ciało przed gniciem. Dodatkowo powoduje on, że po 5-6 latach ciało rozpada się w proch. Oczywiście to wysychanie nie jest natychmiastowe - zaczyna się po około dwóch miesiącach.

A co Pan robi, kiedy pompa pracuje? 

Podczas tych dwóch godzin, bo tyle to średnio zajmuje, zdarza się, że robię masaż wspomagający rąk, nóg i głowy. Tak, żeby zeszły plamy opadowe z twarzy i paznokci. Zmarli bardzo szybko mają zapadnięte usta i powysychane opuszki palców, a masaż pozwala przywrócić naturalne zarysy ciała.

Jak Pan sobie radzi, kiedy - jak w tym przypadku - brakuje nosa? 

To już kolejna dziedzina mojej pracy: rekonstrukcja pośmiertna. Po balsamacji, kiedy odczekam 4-5 godzin, odbudowuję je woskiem lub silikonem medycznym. Ba, kiedyś zdarzyło się, że odtwarzałem nie tyle nos, co pół twarzy.

Brakujące kończyny też Pan robi? A może kupuje? 

Robię. Są takie specjalne druty, który dają się łatwo wyginać i pomiędzy które wkłada się później bawełnę lub ligninę.

Nie ma przypadku, kiedy rozkłada Pan ręce i mówi: Jest już za późno. Nic się nie da zrobić? 

Nie, nie ma takiej możliwości. Zawsze jest możliwość wykonania jakiegokolwiek zabiegu - nawet, kiedy ciało jest już w rozkładzie. Są też np. specjalne płyny dla topielców. Działają jak gąbka w płynie.

A co z ciałami z wypadków komunikacyjnych? Wtedy nie sposób poskładać ich w jedną całość. 

Mam specjalny kombinezon, które przypomina zarys postaci ludzkiej. Ciało - lub jego fragmenty - wkładam do środka: w nogawkach umieszczam nogi, w rękawach - ręce. Resztę wypełniam np. bawełną lub ligniną. Przy nogach, rękach i szyi jest specjalny ściągacz, które pomaga to wszystko utrzymać na miejscu. Głowę owijam bandażem, a całość zabezpieczam proszkami neutralizującymi nieprzyjemny zapach. 

Podczas tych wszystkich czynności, rozmawia Pan ze zmarłym? 

Nie. I nie zdarzyło mi się też, żebym mówił: No, pomóż, tutaj. Podnieś nogę. Ale - jak uczę podczas szkoleń - jeżeli to Panu, Pani pomoże, żeby nie było takiej ciszy, żeby się nie bać, to proszę bardzo.

Ciszy? To pracuje Pan w pojedynkę? Przecież kiedyś zdarzyło się, że jedna z osób zmarła w pracy, bo nikt nie był w stanie jej pomóc. 

Etaty są zamrażane, więc w większości przypadków pracuje się samemu. A mężczyzna, o którym Pani mówi, to mój kolega. Laborant sekcyjny już w podeszłym wieku, który nie tyle czegoś się przestraszył, ale miał zawał. A, że nikogo nie było na miejscu, to nikt nie wezwał pomocy.

Kiedy tego dnia doktor przyszła na sekcję, to zastała dwóch zmarłych. Tego na wózku, i drugiego. Laborant leżał na posadzce. Już zimny.

Żeby nie zwariować, to o czym Pan myśli w czasie pracy? 

O pracy, o tym, co aktualnie robię. Jeśli ktoś zacznie rozmyślać, czy osoba zmarła kogoś zostawiła, czy było jej dobrze, to wtedy oczywiści można sfiksować i to bardzo szybko. Znam takie przypadki. Ba, zdarza się i tak - a mam i takich znajomych - że oprócz żony nikt nie wie, gdzie pracują. Gdyby nie to, że mogą zarobić godziwe pieniądze, to nigdy by tego nie robili.

Żona i dzieci wiedzą, gdzie Pan pracuje? 

Mało kto nie wie, czym się zajmuję. Ale też nie biegam, nie krzyczę i nie rozpowiadam. I jeśli ktoś się pyta, co robię, to odpowiadam: jestem technikiem sekcji zwłok, balsamistą, tanatokosmetologiem. A jeśli pyta, dlaczego, na co po co, to też nie zmieniam tematu.

Dlaczego? Na co? Po co? 

Dlatego, ze sprawdzam się w tej pracy. Mogę złagodzić ból i cierpienie bliskich przy pożegnaniu, poprzez sam fakt, że ciało wygląda tak dobrze jak za życia. A nierzadko nawet lepiej.

A jak to się w ogóle stało, że pracuje Pan jako balsamista? 

Miałem być ratownikiem medycznym, ale kiedy byłem już umówiony na podpisanie umowy, to okazywało się za każdym razem, że: ktoś wrócił z urlopu wychowawczego, pracę dostał znajomy księgowej, brakowało prawa jazdy kategorii C. Po trzech razach straciłem zapał. Stwierdziłem: poczekam, aż praca sama przyjdzie. I… dostałem propozycję z zakładu pogrzebowego: trumnę przenieść. Z czasem obowiązków przybywało. Widziałem też, jak przygotowują zmarłych i to zaczęło mnie interesować. Na swój sposób zacząłem próbować samemu - przynosiłem np. kosmetyki z domu. 

A moment przełomowy? 

To wtedy, kiedy po raz pierwszy wyjechałem do wypadku kolejowego. Było zbieranie fragmentów ciała, wizyta w zakładzie medycyny sądowej i wejście na sale sekcyjną. Jak zobaczyłem, jaka jest procedura, to pomyślałem jedno: teraz już wiem, czym się będę zajmował! Ba, z dzieciństwa pamiętam, że - zwłoki wystawiane w domach - były przerażające. I to też nie dawało mi spokoju. 

Zacząłem więc szukać szkoleń na technika sekcji zwłok, a potem wyjeżdżałem na szkolenia zagranicą. I tak w zawodzie pracuję już 14 lat. 

I jaka - do tej pory - była najdziwniejsza prośba ze rodziny, którą Pan usłyszał? 

Dwa-trzy lata temu przyszedł do mnie mężczyzna, który uparł się, by żonę pochować tak, jak lubił ją oglądać. Ubranie dla zmarłej przyniósł w małej torbie, jaką dostaje się np. drogerii. Tam się mogła zmieścić tylko bielizna! Okazało się, że w środku były: stringi, bluzeczka, mini, pończochy i oczywiście szpilki. Problem pojawił się wtedy, kiedy przebrałem zmarłą i zorientowałem się, że podchodzący od strony nóg, wiedzieliby miejsca intymne zmarłej. Zadzwoniłem więc do mężczyzny i mówię: Nie wygląda to najlepiej, a on kończy rozmowę: Tak ma być. Zmarła tak chodziła. Lubię, jak tak wygląda.
W takich sytuacjach się z rodziną nie dyskutuje - na kilka tysięcy ciał, pierwszy raz taka sytuacja mi się przytrafiła. 

Ile ciał trafia do Pana miesięcznie? 

W graniach 80-120. Wszystko zależy od tego, ile pracuję. Łącznie przez te wszystkie lata to było 10-11 tys. I żaden z tych zmarłych mi się nie przyśnił w nocy, ani mnie nie straszył.

A dużo Pan sobie każe płacić? To drogie usługi? 

Wręcz przeciwnie. Ceny są porównywalne do tych w salonach kosmetycznych, albo nawet tańsze. Zrobienie makijażu z wymodelowaniem włosów to 100-150 zł. Kompleksowe przygotowanie zwłok, z nałożeniem odzieży, zrobieniem makijażu i pomalowaniem paznokci - 250-300 zł. Rekonstrukcja zaczyna się od 250 zł i nie zdarzyło się, żeby przekroczyła 800 zł. To było wówczas przyszycie głowy. Balsamacja, na którą w Polsce decyduje się około 2 proc. rodzin, a w Europie Zachodniej 70-80 proc., to z kolei koszt 250-350 zł.

Adam Ragiel jest technikiem sekcji zwłok i balsamistą. Szefuje także Polskiemu Centrum Balsamacji i Tanatokosmetologii.