Były szef MON - Tomasz Siemoniak z PO- opublikował na Twitterze skan pisma pułkownika Romana Ćwiklińskiego. - czytamy w dokumencie.
Wojskowy tłumaczy, że MON rozważa, by zwierzęta zabijali żołnierze z uprawnieniami myśliwych "przy użyciu prywatnej broni myśliwskiej i amunicji". Będą ten obowiązek wykonywać "w ramach udzielonego w tym celu urlopu okolicznościowego". Szef sztabu chce teraz, by dowódcy jednostek powiadomili o tym planie żołnierzy i przesłali wykaz tych, którzy zgodzą się brać udział w akcji odstrzelenia zwierząt.
Żołnierze mają dostać okolicznościowe urlopy i strzelać do dzików z prywatnej broni! Ktoś upadł na głowę i używa drogi służbowej do realizacji prywatnych ustaleń Macierewicza i Szyszki. Dwa prywatne folwarki! pic.twitter.com/sgX330onx2
— Tomasz Siemoniak (@TomaszSiemoniak) 23 listopada 2017
MON się tłumaczy
MON jednak zapewnia, że polowań nie będzie. - tłumaczy portalowi dziennik.pl rzecznik MON, major Anna Pęzioł-Wójtowicz. - dodaje i zapewnia, że ". Jednak zdaniem Siemoniaka, takie stanowisko MON "nawet jak na ostatnie błazeństwa Macierewicza budzi zdziwienie".
Komunikat tak kuriozalny, że nawet jak na ostatnie błazeństwa Macierewicza budzi zdziwienie. Wynika z niego, że pisma w wojsku wysyła się dla sondowania i żartów. https://t.co/L6IMXtipPO
— Tomasz Siemoniak (@TomaszSiemoniak) 23 listopada 2017
Jak z kolei tłumaczy nam rzecznik Polskiego Związku Łowieckiego, Diana Piotrowska, jeśli MON zdecyduje się oddelegować żołnierzy do pomocy myśliwym, to będą to ludzie, którzy sami w cywilu polują i mają wszystkie wymagane uprawnienia, a nie zwykli żołnierze. - tłumaczy Piotrowska. Dodaje też, że aby zastrzelić jednego dzika, myśliwy potrzebuje średnio 15 wyjść w teren, jeśliby więc użyć do tego wojska, to byłoby to dość drogim przedsięwzięciem.
Rzecznika łowczych dodaje też, że wojsko już wcześniej pomagało lokalnym władzom i myśliwym w walce z ASF - w sierpniu 2017 78 żołnierzy z jednostki w Siedlcach przeszukiwało lasy na wniosek wojewody lubelskiego, by sprawdzić, czy w okolicach nie leżą padłe dziki.
Walka z ASF
Dlaczego w ogóle polowanie na dziki stało się tak pilną sprawą? Chodzi o tzw. afrykański pomór świń, czyli chorobę trzody chlewnej, która kończy się koniecznością wybicia zarażonego stada i utylizacji padłych zwierząt. Chorobę między stadami przenoszą dziki. - - tłumaczy rzecznik PZŁ.
Dlatego, jak tłumaczą zarówno myśliwi, jak i eksperci, konieczne jest zmniejszenie pogłowia tych zwierząt. W ten sposób minimalizuje się szansę spotkania zarażonego zwierzęcia ze zdrowym i powstrzymuje się przenoszenie choroby. Zresztą, jak dodaje Piotrowska w ciągu ostatnich trzech lat wystrzelano 1,5 miliona dzików. - zapewnia rzeczniczka.
ASF stanowi w Polsce poważny problem - zagrożone są nie tylko hodowle umieszczone przy wschodniej granicy kraju - choroba przenosi się bowiem na zachód kraju. Zarażone dziki wykryto bowiem już na lewym brzegu Wisły w okolicach Warszawy.