Dziennik Gazeta Prawana logo

Michał Wiśniewski: Przyjacielu, żegnaj

5 listopada 2007, 23:17
Ten tekst przeczytasz w 2 minuty
"To potworne, zginął mój przyjaciel, mój instruktor lotnictwa..." - lider zespołu Ich Troje, Michał Wiśniewski, ukrywa głowę w dłoniach i płacze. Do tej pory nie może uwierzyć, że założyciel grupy akrobacji lotniczej Żelazny Lech Marchelewski zginął podczas pokazów lotniczych w Radomiu. "Był mi jak ojciec..." - wyznaje "Faktowi" Wiśniewski.

"Pieszczotliwie mówiłem na niego Tate" - wspomina w rozmowie z "Faktem" artysta. To właśnie tragicznie zmarły Lech Marchelewski namówił piosenkarza na kursy pilotażu i to on go egzaminował. Potem z jego rąk Wiśniewski otrzymał patent pilota. "Miał być nawet ojcem chrzestnym mojej córeczki Etienette, ale niestety nie mogliśmy zgrać terminów" - dodaje.

Piosenkarz poznał grupę pilotów z zespołu Żelazny w 2003 r. "Niestety, wtedy też spotkała tych dzielnych ludzi tragedia" - kontynuuje w "Fakcie" swoją opowieść Wiśniewski. 2 czerwca 2003 r. podczas lotu szkoleniowego zginęło dwóch pilotów, Marek Dubkiewicz i Sebastian Chrząszcz.

"Już wtedy pasjonowałem się lotnictwem" - dodaje piosenkarz. "I przybity tą śmiercią napisałem wtedy <Requiem dla Żelaznego>. Był nawet koncert poświęcony ich pamięci, na którym poznałem Lecha".

Od tego momentu rozpoczęła się dla Michała Wiśniewskiego wielka przygoda z przestworzami. "Fakt" przypomina, że piosenkarz od dawna ćwiczył na komputerowych symulatorach lotu. Ale to właśnie Lech przekonał go, że latanie na monitorze to nie to samo, co pobyt w przestworzach.

To wtedy Wiśniewski obiecał sobie, że kiedyś zdobędzie prawdziwą licencję pilota. "Lech to był serdeczny człowiek i wielki przyjaciel" - zamyśla się Michał. "I nigdy nie przypuszczał, że zginie taką śmiercią. Nie lubił nawet żartów na ten temat. A lotnicy często sobie je powtarzają, bo mają specyficzne poczucie humoru" - dodaje.

Michał jako dziecko nie miał możliwości poznać swego prawdziwego ojca, więc traktował Lecha Marchelewskiego nie tylko jako instruktora. On był dla niego kimś więcej niż przyjacielem. Był niemal jak ojciec - zauważa "Fakt". "Przy nim czułem się pewnie. Słuchałem jego rad, przyjmowałem uwagi. Kiedyś razem z nim wykonywałem nawet rozetę, czyli tę niebezpieczną figurę akrobatyczną, która w Radomiu przyniosła mu śmierć" - wspomina Michał.

"Byłem oczywiście tylko pasażerem, ale nic a nic się nie bałem. Przy Lechu zawsze można było czuć się bezpiecznie!". Na koniec swych zwierzeń "Faktowi" Michał przypomina sobie słowa "Requiem dla Żelaznego":

Bóg chciał stało się
choć żal serce rwie
to On nadał kurs Wam do nieba
pewnie nie chciał być sam
potrzebował Was tam
tylko czemu już dziś powiedz nam?

"Nigdy przez głowę nie przeszłaby mi myśl, że po czterech latach znów przyjdzie mi wykonać tę pieśń. I to na cześć mego największego autorytetu nie tylko w dziedzinie lotnictwa" - kończy opowieść Michał Wiśniewski.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj