4 marca ub. roku wskutek wybuchu gazu zawaliła się część kamienicy na poznańskim Dębcu. W ruinach znaleziono ciała pięciu osób; rannych zostało łącznie ponad 20 mieszkańców kamienicy. Prowadząca sprawę poznańska prokuratura ustaliła, że bezpośrednią przyczyną eksplozji w budynku było celowe odkręcenie przez Tomasza J. rury doprowadzającej gaz do kuchenki znajdującej się w mieszkaniu. Spowodowało to uwolnienie się znacznej ilości gazu i w efekcie doprowadziło do jego wybuchu. Motywem działania sprawcy – jak podkreślili śledczy – miało być zatarcie śladów przestępstwa.

Prokuratura oskarżyła Tomasza J. o zabójstwo żony Beaty J., znieważenie jej zwłok, a także zabójstwo czterech osób i usiłowanie zabójstwa kolejnych 34 osób poprzez spowodowanie wybuchu gazu. Tomasz J. został także oskarżony o spowodowanie wypadku drogowego, w wyniku którego ciężkich obrażeń ciała doznał jego syn Kacper.

Tomasz J. nie przyznał się w sądzie do żadnego z zarzucanych mu czynów; odmówił także złożenia wyjaśnień. Za pośrednictwem swojego adwokata złożył oświadczenie, że nie chce uczestniczyć w piątkowej rozprawie, ani nie chce być doprowadzany na kolejne. Po złożeniu oświadczenia Tomasz J. został wyprowadzony z sali rozpraw.

Przed skierowaniem do sądu aktu oskarżenia Tomasz J. został poddany obserwacji sądowo-psychiatrycznej. Po jej przeprowadzeniu biegli orzekli, że w chwili popełnienia zarzucanych mu czynów był całkowicie poczytalny. Mężczyźnie, za zarzucane mu czyny, grozi dożywocie.

Rozprawa odbyła się w największej sali sądu, zaś oskarżonego umieszczono w przylegającym do sali pomieszczeniu; za pancerną szybą.

Rozprawa prowadzona była przy szczególnych środkach bezpieczeństwa. Wszystkie osoby uczestniczące w procesie poddane zostały podwójnej kontroli bezpieczeństwa – przy wejściu do budynku sądu i bezpośrednio przed wejściem na salę.

Do wybuchu w kamienicy przy ul. 28 Czerwca w Poznaniu doszło kilkanaście minut przed godz. 8. rano 4 marca 2018 roku. Jedną z pierwszych osób przewiezionych do szpitala był właśnie 43-letni Tomasz J. Mężczyzna w ciężkim stanie trafił na oddział anestezjologii i intensywnej terapii. Miał poparzenia II i III stopnia na 50 proc. powierzchni skóry: głowy, pleców i rąk. Poparzone miał również drogi oddechowe, a ponadto stłuczone płuco i złamane żebro. Ze względu na obrażenia został wprowadzony w stan śpiączki farmakologicznej. Lekarze wybudzili go w połowie marca.

W toku śledztwa prokuratura ustaliła, że to Tomasz J. doprowadził do katastrofy kamienicy, a spowodowany przez niego wybuch miał zatrzeć ślady morderstwa jego żony. Motywem jego działań były najprawdopodobniej problemy rodzinne i chorobliwa zazdrość o żonę Beatę. Para miała kilkunastoletniego syna. Mężczyzna przed katastrofą pracował poza granicami Polski, według nieoficjalnych informacji, już wcześniej miał być agresywny; Beata J. postanowiła się z nim rozwieść.

Na początku stycznia 2018 r. doszło do wypadku samochodowego, autem podróżował Tomasz J. wraz z synem. Mężczyźnie w wyniku zdarzenia nic poważnego się nie stało, natomiast chłopiec przez długi czas przebywał w szpitalu; nie było go w domu w momencie katastrofy. Do wypadku samochodowego miało dojść krótko po tym, jak Beata J. oświadczyła mężowi, że od niego odchodzi. Kobieta miała mówić, że mąż z zemsty próbował zabić ich syna. Po tym zdarzeniu zerwała kontakt z mężem.

W tym samym czasie Beata J. miała odnowić kontakt z dawnym znajomym i planowała wyjechać do niego za granicę.

W trakcie piątkowej rozprawy sąd przesłuchał pierwszego świadka w sprawie. Zeznania składała siostra Beaty J. – Iwona. Jej zdaniem Tomasz J. z premedytacją doprowadził do wypadku samochodowego, w którym poważnych obrażeń doznał syn oskarżonego.

Na miejscu katastrofy w kulminacyjnym momencie pracowało ponad 160 strażaków. Budynek, w którym doszło do wybuchu musiał zostać rozebrany. Wszystkie poszkodowane rodziny mieszkają w nowych miejscach.