Kiedy Stanisława Rostecka wychodzi przed dom i zamyka oczy, pod powiekami widzi obraz, którego już nie ma. Po bokach krzaki truskawek, agrestu i porzeczek, w środku grządki ziemniaków, obok pietruszka i marchew. Dalej drzewa: cztery orzechy włoskie, śliwa, czereśnia, wiśnia i jej ulubione jabłonie. Przy jabłoniach zawsze nachodzi ją myśl, że to one pierwsze ostrzegały ją przed niebezpieczeństwem. Po dwóch latach od uruchomienia huty, jak w Korszach nazywają Zakład Recyklingu Akumulatorów firmy ZAP Sznajder Batterien SA, jabłka były gładkie jak buzia niemowlęcia, bez jednego robaka. Dopiero później przyszło pani Stanisławie do głowy, że robaki musiały pozdychać od trucizny w powietrzu. Ale wtedy było już za późno, ogródek umierał. Wkrótce uschło wszystko.

Reklama

Pani Stanisława wspomina, że gdy dziewięć lat temu z kominów huty poszedł pierwszy dym, nie wiedzieli, z czym mają do czynienia. Wcześniej przez lata była tu Agroma, która handlowała maszynami rolniczymi. Z jej strony niczego nie musieli się obawiać, więc gdy zakład ruszył, nie mieli złych przeczuć. Tym bardziej że żaden urzędnik nie pofatygował się, by im powiedzieć, że teraz nie będą już tu sprzedawać traktorów, tylko utylizować akumulatory, a to oznacza elektrolity, ołów, kadm, siarkę, żużle, zgary i inne groźno brzmiące substancje. Ma żal, bo mieszkali najbliżej zakładu i urzędnicy przed podjęciem ostatecznych decyzji powinni byli ich wysłuchać, zapytać, co o nowym sąsiedztwie myślą i wziąć pod uwagę ich obawy. Nic z tych rzeczy, nie w Korszach. – Jak byśmy tu jacyś gorsi byli, mniej ważni – mówi pani Stanisława.

Strach i gniew

Kiedy komin zaczynał dymić, ciemny pył osiadał wszędzie. Czasami, po nocy, trzeba było go zbierać z parapetów za pomocą zmiotki i szufelki. Tyle tego było. W takie dni gonili dzieci do domów, żeby ich też nie przysypało.

Jeszcze większy niepokój budziły białe kropki, które pojawiały się na autach i roślinach. Z karoserii dało się je zmyć, ale na delikatniejszych od blachy liściach widać było wokół nich charakterystyczne kółka, co świadczyło o tym, że substancja musi być żrąca. Nie mieli pojęcia, co to dokładnie było, ale ludzie pracujący w zakładzie powiedzieli, że siarka.

CAŁY TEKST CZYTAJ W INTERNETOWYM WYDANIU MAGAZYNU "DGP">>>