Dane według stanu na 1 kwietnia br. pokazują, że przeprowadzenie wyborów w maju może okazać się niemożliwe z prostego powodu - nie będzie komu liczyć głosów. W 176 miastach ujętych w zestawieniu jest w sumie 6456 obwodowych komisji wyborczych. Do prac w tych gremiach potrzeba min. 32 620 chętnych. Czasu jest coraz mniej, bo termin na zgłaszanie kandydatów do składów obwodowych komisji wyborczych mija 10 kwietnia. Z tym może być problem, bo do początku bieżącego miesiąca miasta odnotowały zaledwie 7 447 zgłoszeń, czyli niespełna 23 proc.

Reklama

Przykładowo, w samej Warszawie potrzeba co najmniej 3 695 osób, a zgłosiło się 1000. Co gorsza, miasta raportują, że rezygnują osoby, które wcześniej zadeklarowały chęć pracy w komisjach. Takich przypadków było już łącznie 519. Dla przykładu w Rumii zgłosiło się 125 osób - o 20 więcej niż minimalne składy obwodowych komisji. Tyle że miasto informuje, że właśnie zrezygnowało 100 osób.

PiS oficjalnie wciąż dąży do wyborów w maju, a mogłyby się one odbyć w formie korespondencyjnej. Coraz częściej jednak mówi się o możliwości przełożenia dnia głosowania np. wskutek wprowadzenia stanu klęski żywiołowej. Wówczas wybory prezydenckie mogłyby się odbyć np. w sierpniu.