Nie zachowały się żadne inne dokumenty dotyczące Marka Króla, nawet mikrofilmy. Ale wiadomo, że istniały, bo IPN przysłał mu również spis tego, co zostało zniszczone. Wynika z niego, że w archiwach była teczka Króla o sygnaturach od 33191/I do 39387/I.

Mimo jasnego stwierdzenia "Król Marek, tajny współpracownik ADAM", były naczelny "Wprost" cały czas się upiera, że nie był tajnym agentem komunistycznej Służby Bezpieczeństwa. Twierdzi, że w czasach PRL - jako ówczesny zastępca redaktora - został wytypowany jako przedstawiciel redakcji do kontaktów z bezpieką.

"W tamtych czasach taka praktyka była czymś normalnym i powszechnie akceptowanym. Z <opiekunami> z ramienia SB spotykał się zarówno Aleksander Kwaśniewski w <Itd>, jak i Krzysztof Kozłowski w <Tygodniku Powszechnym>" - tłumaczy Król.

I tej linii zamierza się trzymać w trakcie procesu z szefem tygodnika "Nie" Jerzym Urbanem, który Król mu wytoczył za nazwanie go tajnym wspólpracownikiem SB.

Król był redaktorem naczelnym "Wprost" do maja 2006 roku. Potem zrezygnował z tego stanowiska, ale wciąż jest udziałowcem i prezesem Agencji Wydawniczo-Reklamowej "Wprost", która wydaje ten tygodnik.