p
Ivan Krastev*
Koniec liberalizmu w Europie Środkowej
Rozpoczęta wraz z upadkiem komunizmu środkowoeuropejska era liberalizmu definitywnie zakończyła się w 2007 roku. Reszta Europy nareszcie dostrzegła, że w regionie szaleje populizm i antyliberalizm. Agresywny i populistyczny rząd Jarosława Kaczyńskiego nieoczekiwanie przegrał październikowe wybory, ale zachowanie Prawa i Sprawiedliwości otworzyły reszcie kontynentu oczy na przygnębiające środkowoeuropejskie tendencje.
Według globalnego sondażu Voice of the People z 2006 roku Europa Środkowa jest regionem świata, którego mieszkańcy mają najbardziej sceptyczny stosunek do demokracji. Partie liberalne założone przez byłych dysydentów uległy marginalizacji, liberalny język praw człowieka zużył się, a centrowy liberalizm jest krytykowany zarówno jako filozofia, jak i praktyka działania. Nowa rzeczywistość Europy Środkowej to polaryzacja i populizm.
Na Węgrzech panuje zimna wojna między manipulatorskim postkomunistycznym rządem oraz populistyczną antykomunistyczną opozycją, która otworzyła się na skrajną prawicę. Słowacki rząd koalicyjny prezentuje dziwne połączenie nacjonalizmu, prowincjonalizmu i państwa opiekuńczego. W Czechach nie ma poważniejszych problemów z rządem, ale w 2006 roku, po zakończonych patem wyborach, partie przez siedem miesięcy nie zdołały uformować gabinetu. W Rumunii prezydent i parlamentarna większość toczą ze sobą otwartą wojnę, a najchętniej stosowaną bronią są teczki bezpieki i prokuratorskie kwity. W Bułgarii sroży się skrajny nacjonalizm, a partie umiarkowane dostosowują się do jego tonu, zamiast go tępić.
Zaostrzający się konflikt między demokracją i liberalizmem, wzrost "zorganizowanej nietolerancji" i wysyp charyzmatycznych przywódców umiejących rozpalić w społeczeństwie gniew - wszystko to nasuwa skojarzenia z międzywojennym kryzysem demokracji w Europie. "Weimarska interpretacja" obecnej sytuacji w Europie Środkowej nie oddaje jednak prawdziwego stanu rzeczy. Inaczej niż w latach 30., nie ma tutaj ideologicznej alternatywy dla demokracji. Gospodarki krajów regionu szybko się rozwijają, poziom życia rośnie, bezrobocie spada. Członkostwo państw Europy Środkowej w UE i NATO stanowi zabezpieczenie dla demokracji i liberalnych instytucji.
Paradoks środkowoeuropejski polega na tym, że kariera populizmu nie wynika z porażek, lecz z sukcesów liberalizmu, który nastał po komunizmie. Przedstawiając swój program jako nie tylko "dobry", ale także "konieczny", liberalne elity nie zostawiły społeczeństwom akceptowalnych kanałów wyrażania niezadowolenia. Okres transformacji cechowała nadmierna kontrola elit nad procesem politycznym i strach przed umasowieniem polityki.
Przystąpienie krajów środkowoeuropejskich do UE w gruncie rzeczy zinstytucjonalizowało hegemonię elity. Parlament stracił swoją funkcję forum dla najpoważniejszych debat politycznych i został zredukowany do roli instytucji, która wprowadza unijne acquis communautaire. Dla zwykłych obywateli demokracja okresu transformacji była ustrojem, w którym można zmieniać rządy, ale nie można zmieniać prowadzonej przez nie polityki.
W toczącej się obecnie debacie "populizm" z reguły oznacza albo mówienie do społeczeństwa emocjonalnym, uproszczonym i zmanipulowanym językiem, albo oportunistyczny program obliczony na "kupowanie" poparcia. Ale czy odwoływanie się do emocji obywateli jest w demokracji zakazane? I kto decyduje o tym, jaka polityka jest populistyczna, a jaka "rozsądna"?
W Europie Środkowej mamy do czynienia nie tyle z kryzysem demokracji czy nawet liberalizmu, ile z powszechną niechęcią do polityki okresu transformacji. Społeczeństwom postkomunistycznym udało się wtedy bezkrwawo rozmontować komunizm, zbudować instytucje demokratyczne i rynkowe, rozkręcić gospodarkę i wreszcie wstąpić do UE. Jednocześnie transformacja doprowadziła do szybkiego rozwarstwienia społeczeństwa, a grupa przegranych okazała się znacznie liczniejsza niż grupa wygranych. Wielu ludziom zawaliło się życie, inni przeżyli głębokie rozczarowanie. Moralną akceptację transformacji utrudniał fakt, że wśród wygranych znaleźli się wykształceni i ustosunkowani członkowie dawnej nomenklatury. Grzechem pierworodnym demokracji postkomunistycznych jest to, że nie zbudowano ich na wartościach egalitarnych, lecz na antyegalitarnym konsensusie komunistycznej elity i antykomunistycznej kontrelity.
Lepsza od weimarskiej jest analogia z wydarzeniami w Niemczech Zachodnich w 1968 roku. Podobnie jak wtedy, dzisiejszy kryzys nastąpił po dwóch dekadach gospodarczego odrodzenia i okresie amnezji. Tu i tam zawirowania były nieoczekiwane i groźne. Kryzys w 1968 roku nie wynikał ze słabości instytucji demokratycznych, lecz z sukcesu zachodnioniemieckiego projektu modernizacji i demokratyzacji. Podobnie jak dzisiaj wiele się wtedy mówiło o fasadowości instytucji demokratycznych i potrzebie rewolucji moralnej.
Na tym jednak podobieństwa się kończą. Obecna rewolucja opiera się na wartościach konserwatywnych. Nowi środkowoeuropejscy "rewolucjoniści" nie boją się autorytaryzmu państwa, lecz ekscesów postmodernistycznej kultury i upadku tradycyjnych wartości. Są nostalgiczni, a nie utopijni, zachowawczy, a nie wizjonerscy. Sednem kryzysu jest konflikt między liberalnym racjonalizmem ucieleśnianym przez instytucje unijne a populistycznym buntem przeciwko elitom, które nie są demokratycznie rozliczane.
Aby zapobiec antykapitalistycznej mobilizacji, liberałowie skutecznie zepchnęli na margines antykapitalistyczny język, ale otworzyli tym samym przestrzeń dla mobilizacji politycznej wokół kwestii symbolicznych i tożsamościowych, zasiewając ziarno własnej klęski. Decyzja o tym, że budowa kapitalizmu jest ważniejsza od budowy demokracji, legła u podstaw kariery demokratycznego antyliberalizmu w Europie Środkowej. Im bardziej racjonalna była polityka gospodarcza, tym bardziej irracjonalna stawała się polityka wyborcza. Wyłączenie gospodarki z procesu demokratycznego wespół z rewolucją w świecie mediów i rozrywki zachwiało racjonalistycznymi fundamentami liberalnej polityki. Śmierć wielkich projektów ideologicznych i hegemonia centrowej trzeciej drogi głęboko przeobraziły demokratyczną politykę. W wyborach do parlamentów nie konkurują już ze sobą różne światopoglądy. Akt wyborczy przekształcił się w referendum na temat elit - i rytualny mord na dotychczasowym rządzie. Zasadniczą rolę w tym procesie odegrały skandale. Populistyczna obsesja na punkcie korupcji jest najdobitniejszym wyrazem tego nowego rozumienia sensu polityki. Nowe populistyczne większości postrzegają wybory jako szansę na bunt przeciwko uprzywilejowanym mniejszościom - w przypadku Europy Środkowej skorumpowanym elitom i korumpującym moralnie "odmieńcom" takim jak mniejszości etniczne i seksualne.
Populizm przestał być domeną niektórych partii politycznych. Nadaje dzisiaj charakter europejskiemu życiu politycznemu. W rezultacie główna linia podziału nie przebiega już między lewicą i prawicą czy reformatorami i konserwatystami. Najważniejszy jest konflikt między coraz bardziej nieufnymi wobec demokracji elitami i coraz bardziej wrogimi wobec liberalizmu społeczeństwami.
Ivan Krastev
© Prospect, distr. by The New York Times Syndicate
przeł. Tomasz Bieroń
p
*Ivan Krastev, ur. 1965, politolog, analityk spraw międzynarodowych, publicysta, prezes Centrum Strategii Liberalnych w Sofii - think tanku doradzającego w obszarze polityki zagranicznej i wewnętrznej. Zajmuje się przede wszystkim zagadnieniami związanymi z sytuacją społeczeństw postkomunistycznych. Autor m.in. książki "The Anti-Corruption Trap" (2004). W "Europie" nr 43 z 12 maja ub.r. zamieściliśmy jego głos w ankiecie "Nowa Partia Pracy: bilans dziesięciolecia".