Tomasz Węcławski był jednym z najwybitniejszych teologów współczesnego Kościoła. Angażował się także w najważniejsze spory dotyczące moralnego i społecznego kształtu tej instytucji w Polsce. Jako pierwszy kapłan zaprotestował, kiedy po pojawieniu się oskarżeń o pedofilię pod adresem abp. Paetza polski Kościół próbował tę sprawę zbagatelizować. Zaangażował się także w proces lustracji Kościoła, czego ostatnim aktem było przyjęcie zaproszenia do udziału w komisji badającej dokumenty komunistycznych tajnych służb dotyczące abp. Wielgusa. Właśnie dlatego odejście Tomasza Węcławskiego, najpierw od kapłaństwa, a później od katolicyzmu, było dla polskich katolików ogromnym zaskoczeniem, a dla niektórych nawet wstrząsem. Po raz pierwszy od wystąpienia z Kościoła właśnie na łamach "Europy" Węcławski zdecydował się tak szeroko przedstawić swoje wątpliwości co do instytucjonalnego kształtu współczesnego chrześcijaństwa. Unikając negatywnych ocen pod adresem ludzi wierzących zachowujących zaufanie wobec instytucji Kościoła, Tomasz Węcławski przedstawia jednak bardzo krytyczną diagnozę stanu współczesnego Kościoła, a nawet dokonań tej instytucji na przestrzeni całej jej historii. W ten sposób poznajemy przynajmniej część przesłanek, które doprowadziły Węcławskiego do dramatycznej decyzji opuszczenia instytucji, dla której dobra przez wiele lat owocnie pracował.
p
: Nie jestem historykiem, nigdy tego jakoś szczególnie nie rozważałem. Ale musiały być takie momenty, które - gdyby ich oddziaływanie okazało się bardziej
skuteczne - uporządkowałyby stosunek polskości i Polaków może nie tyle do katolicyzmu, ile do chrześcijaństwa. Takim momentem był na przykład koniec XVI wieku. Okazało się jednak, że ta
próba reformacji, którą mieliśmy w Polsce, nie powiodła się. Była za słaba. Zabrakło korzenia. Cytowałem kiedyś anegdotę o Kalwinie, któremu powiedziano, jak wielu ma zwolenników w
Polsce, a on miał na to odpowiedzieć: "Nie wierzę im". I słusznie, bo trzydzieści lat później już ich prawie nie było. Przyczyna tkwi według mojej intuicji przynajmniej
dwa stulecia wcześniej, pod koniec XIV wieku, gdzieś w czasach Kazimierza Wielkiego i początkach panowania Jagiellonów. Domyślam się, że wtedy w okresie, kiedy w całej Europie pojawiło się
silne wrzenie religijne, w Polsce przełożyło się ono tylko na walkę z królem. I może dlatego później przyjmowanie reformacji było również tylko pragmatyczne. Czegoś zabrakło, coś się
nie wydarzyło. Gdyby w tym stuleciu bezpośrednio poprzedzającym reformację pojawił się rzeczywisty problem czy wyzwanie dla świadomości religijnej Polaków, to dalsza historia byłaby zapewne
inna. Tymczasem wygląda na to, że taki moment autentycznego doświadczenia religijnego (podobny na przykład do ruchu husyckiego w Czechach) wówczas się nie pojawił. Po krótkim incydencie
reformacyjnym wszystko siadło, a dalej rozpoczął się bieg wypadków, który przez czasy saskie i rozbiorowe utrwalił specyficzną relację między katolicyzmem a polskością - relację ważną
niewątpliwie z perspektywy polskiej, ale z perspektywy katolicyzmu mało istotną. Polska nie była ważna dla katolicyzmu.
Pytanie, czy to był ratunek. Moim zdaniem - nie. Ani dla Polski to nie był ratunek - w sensie możliwości pogłębienia relacji wynikłej ze spotkania religijno-narodowego - ani dla Kościoła.
Tam gdzie on wygrał mocą kontrreformacji, okazało się to zwycięstwem słabym. A w Polsce w ogóle nie pojawiła się nowożytna chrystianizacja.
Jest tu jedno założenie, które rozumiem, ale go nie podzielam - mianowicie, że katolicyzm ma być taki, jak się go prezentuje w tych krajach. Jeżeli się przyjmie, że katolicyzm to pewna
struktura społeczna oparta na podstawowych założeniach doktrynalnych, ewangelicznych i na rozwoju tradycji kościelnej w tej specyficznej postaci, która się wykształciła w Kościele rzymskim i
z tą specyficzną organizacją - to oczywiście taka obrona kontrreformacji ma swoje podstawy. Ale trzeba pamiętać, że wychodzimy ze stanu Kościoła późnośredniowiecznego rozumianego dzisiaj
przez wielu wciąż jeszcze jako właściwy cel i osiągnięcie chrześcijaństwa, gdy tymczasem do takiego stanu chrześcijaństwo w ogóle nie musiało dojść. Początek chrześcijaństwa, tak jak
go widzimy dzisiaj, wcale nie musiał doprowadzić do takiej postaci katolicyzmu. Dla tych, którzy zakładają, że postać ta jest chciana przez Boga czy jedyna możliwa (obojętnie zresztą, czy
tę bezalternatywność przypiszą Bogu, czy historii), Kościół późnośredniowieczny wydaje się oczywisty jako punkt dojścia, a może nawet wzorcowy model chrześcijaństwa. Tymczasem to nie
jest oczywiste ani w początkach chrześcijaństwa, ani w całej historii, ani tym bardziej dzisiaj. Jasne, że nie można historii cofnąć ani stworzyć historii alternatywnej - jeżeli ktoś chce
pozostać przy pewnej instytucjonalnej postaci chrześcijaństwa, jaką jest katolicyzm, to nie ma innego wyjścia jak odrzucać wszystko, co Kościół odrzucił i zostawił za burtą. Czyli na
przykład coraz większe obszary nowoczesności i coraz większą liczbę jej mieszkańców.
To się wydarza w całej historii. Pewne elementy tego sporu, napięcia, lepiej lub gorzej widoczne, są w każdym miejscu, ponieważ mają coś wspólnego z punktem wyjścia, to znaczy z historią
Izraela i z historią Jezusa w ramach historii Izraela. Ta historia powtarza się też w każdym człowieku z mniejszą lub większą intensywnością i skutecznością. W tym sensie to się dzieje
zawsze. Oczywiście, są takie epoki, w których procesy te przebiegają szybciej i intensywniej. Zarówno proces uświadamiania sobie siły tego wyzwania, jak i te procesy, o których pan
wspomniał, czyli przyjmowanie pewnych form, struktur, podążanie razem z historią...
Nawet bez tej nadziei. Na przykład feudalizacja Kościoła średniowiecznego to był proces zupełnie naturalny. Mało kto w Kościele miał w związku z tym jakąkolwiek istotną refleksję. Po
prostu tak było, wydawało się, że to jest najprostsze rozwiązanie i tak robiono pragmatycznie. Nawet bez tej ostrożnej, konserwatywnej - jak pan to nazywa - wrażliwości sumienia. Z pewnym
zdumieniem czytam na przykład pracę ojca Pietrasa na temat tego, co się działo w instytucjach kościelnych w IV wieku. To duchowni ze względu na swoją wygodę zażądali dla siebie na przykład
przywileju innego stroju, zwolnienia z wojska itd. Biskupi to wówczas zwalczali. A dzisiaj jest odwrotnie. Byłoby może zbytnim uproszczeniem sprowadzać to wszystko do jednego mechanizmu, ale ten
zasadniczy mechanizm się rysuje. Myślę, że jak się dzisiaj na to patrzy - bo rozmawiamy o kontekście siły czy słabości społecznej chrześcijaństwa, katolicyzmu, Kościoła - to ta siła i
słabość wynikają znowu z tego samego mechanizmu, z dwóch jego stron. On zapewnia pewne rzeczy, pewne rzeczy łatwo daje i ratuje, także w sytuacjach zagrożenia, zwłaszcza instytucjonalnego,
ale równocześnie za to trzeba płacić bardzo wysoką cenę. I ta cena jest płacona nieustannie, zazwyczaj bez szemrania - co mnie coraz bardziej zdumiewa.
Najkrócej mówiąc, daje zdolność przejmowania ludzi w celu utrwalania idei i instytucji. Przejmowania ludzi - to znaczy takiego ich przygotowania, takiego wprowadzenia w struktury, że oni z
wszystkim prawie, czym są, mogą wspierać ideę i jej instytucje.
Właśnie - czy to rzeczywiście jest ideał? Jeśli naprawdę mamy pewien projekt, pewien pomysł na człowieka działającego w takiej społeczności i w takiej strukturze i ten pomysł wygląda
tak, że instytucja ma tego człowieka całkowicie przekształcić, to jest to równocześnie siła i słabość. Siła polega na tym, że otrzymujemy stały dopływ ludzi, którzy są gotowi w
takiej formule działać i nawet wtedy, kiedy się nie zgadzają, w wielu wypadkach trwają w tym nadal. Z drugiej strony mamy coś, co jest - moim zdaniem - bezwzględnie ważniejsze niż taki
sposób zdobywania ludzi, coś, co się jednak bezpowrotnie przy tej okazji traci - to mianowicie, co oni mogliby sami zrobić ze swoim życiem. I to jest istota sporu.
Nie mówię teraz z perspektywy, jaką jest osądzanie instytucji czy ludzi tej instytucji zawierzających. Ale chciałbym, żeby mnie nikt nie wtłaczał w taką sytuację, w której moje życie
jest przejęte przez coś, czego ja nie wybrałem, co mnie wybrało i uczyniło tym, czym mam być. Jestem przekonany, że akurat w wypadku chrześcijaństwa alternatywa była w punkcie wyjścia,
tyle że została zmarnowana czy raczej nie udało się jej uruchomić. Alternatywa polegająca na zrozumieniu wyzwania płynącego od Jezusa jako wezwania do przejęcia pełnej odpowiedzialności za
własne życie, a nie do pozbywania się jej. Ale to jest przekonanie zbudowane na czytaniu i interpretacji historii początków chrześcijaństwa, po części intuicyjne i trudne do
udowodnienia.
Jeszcze raz powtórzę, że jestem bardzo daleki od tego, by teraz budować obok czy równolegle jakąś skalę, która by wskazała, jak miałbym się zachować, jak miałbym oceniać tego typu
postawy. Mogę je akceptować lub nie jako możliwości dla siebie i mogę powiedzieć, że mi się jakaś postawa podoba lub nie podoba, że ktoś to robi lepiej albo gorzej, że taki lub inny
wybór odgrywa rolę czynnika przyśpieszającego czy hamującego w życiu społecznym. Myślę, że jeżeli teraz brakuje czegoś w sporze o rozwój społeczny w Polsce, to rzeczywistej wspólnoty
tego sporu. Ten spór toczy się między skrajnymi pozycjami, ale nie toczy się o to, jaka mogłaby być propozycja czy jaką skalę moglibyśmy stworzyć, która byłaby odnośnikiem dla wszystkich
i według której wszyscy by się zgodzili mierzyć własne i cudze działania. Teraz w ogóle nie idzie to w tym kierunku. Idzie raczej w kierunku utrwalenia własnych skal różnych grup czy
partii. Mało kto próbuje stworzyć może nie tyle syntezę - bo tego nie można zrobić - ile taką podstawę czy taki punkt odniesienia, który byłby rzeczywistym, możliwym osądem dla każdej z
tych skal, jeśli tylko one zechciałyby się za jego pomocą osądzać. Mówię o tym z poczuciem rezygnacji, bo bez nadziei, żeby się to mogło zmienić. Nie bardzo widzę warunki. Są, owszem,
ludzie, którzy tego rodzaju refleksję podejmują - jedną z takich postaci bardzo wyraźnych, ale prawie niesłuchanych, a mówiąc bardziej precyzyjnie: czytanych, ale wciąż niedyskutowanych,
jest Tadeusz Sławek. On stawia pytania i wszyscy czują, że są to pytania ważne - podstawowe. Mówią potem: "Jaki ciekawy artykuł napisał ostatnio Tadeusz Sławek" - i cisza.
Będę się trzymał tego przykładu, bo on jest wyrazisty. Wydaje mi się, że jeśli spojrzy się na to, co ktoś taki jak Sławek proponuje w postaci pytań, to są to pytania, które naprawdę
dotyczą wielu spośród nas, jeśli nie wszystkich. Kiedyś po trzęsieniu ziemi w Bam napisał artykuł o pytaniach kierowanych do Boga w takich sytuacjach, które bardzo wielu ludzi sobie stawia i
które nazywają zupełnie zasadniczą sprawą ich życia. I niezależnie od stopnia intelektualnego wyniesienia dyskursu, który się wokół tego wytwarza lub nie, pytania te sięgają przez całą
skalę możliwości uczestników ewentualnej rozmowy. Rzecz zatem raczej w stworzeniu miejsc, w których o takich sprawach zaczniemy rozmawiać publicznie.
Zupełnie podstawowe. To na przykład pytanie o tragizm i klęskę, niemożliwe do postawienia w perspektywie: "Chcieliśmy zwyciężyć, ale nam się nie udało", stawiane zaś
jako próba zrozumienia, czym naprawdę jest klęska, czym jest to coś tragicznego, kiedy nam się zdarza, a zdarza się nieustannie. I kim my jesteśmy wobec tego. Kim jesteśmy wobec własnych
albo cudzych klęsk - zwłaszcza wobec własnych. Jest też pytanie o prawdę - czym ona jest, kiedy możemy powiedzieć prawdę, a kiedy kłamiemy. To pytanie wraca. I to - jak napisał Sławek w
innym ze swych tekstów - z podstawowym wykrzyknikiem: "Kłamiecie! Zwróćcie uwagę i wiedzcie: kłamiecie!" jest jeszcze inny poziom, na którym te pytania o prawdę i kłamstwo
mogłyby zostać postawione, a nie zostają. Mianowicie poziom decyzji, które każdy z nas musi podejmować w stosunku do siebie. Bardzo trudno o tym mówić, bo w momencie, w którym uruchamiamy
takie odniesienia, siłą rzeczy uruchamiamy także siebie. I trudno wtedy nie odnosić tego do konkretnych własnych decyzji, swojego miejsca społecznego itd. Na własnej skórze takiej sytuacji
doświadczam. Nie chodzi mi o to, żeby z niej robić jakiś przykład, ale można zacząć o takich sytuacjach mówić. Kiedy pewnego rodzaju przekroczenia, pewne pęknięcia sięgają dalej i
głębiej niż nawet najostrzej zarysowane tożsamości.
Tyle tylko że dyskusyjne wydaje się już samo znaczenie owego większego dobra, bowiem musimy wówczas zapytać o dobro mniejsze i jeszcze mniejsze itd. Tymczasem nie chodzi o to, że ci ludzie, o
których pan mówił, kiedyś tam byli nieautentyczni, a dopiero teraz są autentyczni. Chodzi o to, że wydarzyło się w ich życiu coś autentycznego teraz i że muszą się wobec tego
autentycznie znaleźć. W "teraz", a nie w jakimś "w ogóle". Z perspektywy uczciwości wobec tak pojmowanego "teraz", które zresztą działa w
naszym "będzie" - w wybieganiu ku temu, co właśnie nadchodzi, czego zręby pan nakreślił - życie w napięciu między instytucją a przyjęciem go wydaje mi się jednak
alternatywą fałszywą, bo zbudowaną na założeniu nieusuwalnej fatalności tego napięcia. A to nie jest prawdą, ponieważ mamy narzędzia do stanięcia wobec tej instytucji co najmniej jak
równy z równym. Równy z równym to znaczy nie w towarzystwie fatalnego zła przypisanego nam z góry (choć oczywiście realizowanego przez nas samych w naszych czynach). I jeżeli miałbym teraz
powiedzieć o trzecim pytaniu, które bym postawił - to jest to ukazujące się w tym horyzoncie pytanie o grzech, o to, czy mówiąc o jego działaniu, mamy na myśli istotę grzechu, czy
pragmatyczne jego skutki. Innymi słowy, czy jesteśmy esencjalistami grzechu, czy też wymierna dla nas jest płaszczyzna "teraz", którą nasz grzech naznacza. Znowu, jak sądzę,
mówimy o tym po prostu za mało, nie w sensie powtarzania tego, co mniej lub bardziej doktrynalnie zostało już powiedziane - czy to od strony doktryn religijnych, czy różnych poglądów
filozoficznych - na temat grzechu, winy, zawinienia i wszystkich związanych z tym komplikacji, lecz w sensie pytań bezpośrednich: co z tym zrobić, jak się można wobec tego zachować? Wydaje mi
się, że z tym ostatnim mamy spory kłopot, że płaszczyzna ogólnego (esencjalizm) jest wygodnym parawanem do odsuwania od siebie odpowiedzialności za "teraz". Rozumiem dylemat,
który pan opisał, i rozumiem wstyd, który się z tym wiąże, ale wiem, że jeśli to pozostaje na płaszczyźnie takiego dylematu, a tym bardziej wstydu, to niczego w naszym życiu nie
rozwiązuje, co najwyżej odsyła do jakiejś sprawiedliwości poza naszym życiem. A nasze życie jest tu i teraz, czyli tu i teraz możemy uczynić je choć trochę lepszym - albo nie. Być może
samo rozmawianie to trochę za mało - trochę na takiej zasadzie, jak samo nazwanie skali wartości to za mało. Ale jednak bez tego nazwania na pewno nic się nie wydarzy. I wobec tego, nawet
jeśli to miałoby się okazać po raz kolejny nieskuteczne, myślę, że po pierwsze, można sobie postawić pytanie: nazywać czy nie nazywać? Jeśli ktoś odpowiada: "Nie będę
nazywał, ponieważ mam coś na sumieniu" - to dobrze, jego decyzja. Ale to jest właśnie kolejny przykład tego, co dla mnie jest tragizmem. I to wcale nie musi się dziać na szeroką
skalę. To jest taki tragizm, który się gdzieś czai i tli w wielu ludziach nieustannie.
Jest w tym aspekt, który rozumiem, ale jest i taki, którego nie rozumiem. Patrząc teraz od strony mojej własnej historii, pewne rzeczy próbuję powiedzieć, ale robię to także z
powściągliwością przynależną temu poziomowi decyzji, do którego instytucja przemawiająca do mnie z pozycji wyższości racji ogólnych nie ma przystępu. Jest ponadto granica, która musi
zostać uwzględniona, a mianowicie granica tego, co osobiste, do którego każdy ma prawo, poza wszelką oceną. Granicę tę, jakże wymownie, wyznacza prawo państwowe i nie sposób nie
zauważyć, że instytucja (na przykład kościelna) broniąc ogólnego coraz częściej w praktyce owo prawo lekceważy. I jeśli czegoś nie rozumiem, to właśnie tego, że atrakcyjne dla kogoś
może być pozostawanie we władzy takiej hipokryzji - wystarczy przecież ochronny parawan, który na szczęście demokracje wypracowały i nadal wypracowują. Wygląda na to, że owo grzeszenie w
pokorze i ukryciu jest jednak ekonomicznością jeszcze innego rzędu. I pytam: czy jednak nie jest to zgodne z wektorem cynizmu? Czy ci, którzy tak właśnie w ukryciu działają według własnych
pragnień i wyobrażeń, a zarazem w kontrze do wymagań swojej instytucjonalnej tożsamości, nie przechylają coraz bardziej szali właśnie na stronę zwiększania owego cynizmu?
Otóż to - kiedy wyzwolenie od takowej hipokryzji do nas przychodzi za pośrednictwem jakichś zewnętrznych wydarzeń, nagle doceniamy dobro takiego wyzwolenia. Dlaczegóż nie podejść do tego
otwarcie, bez cynizmu, samemu decydując o momencie owego wyzwolenia? Oczywiście, czasem nawet z poszczególnymi decyzjami nie da się wiele zrobić. Można stwierdzić: uznaję, nie uznaję, nic
więcej. Natomiast mimo wszystko można przynajmniej starać się nazwać i naruszyć ten układ, ten sposób myślenia, który za szybko się z tym za nas - także w nas - zgadza. Myślę, że nawet
jeśli naprawdę jest niewiele więcej do zrobienia, to i tak dużo, bo przynajmniej sami siebie ową hipokryzją nie upadlamy. To oczywiście także kwestia założeń przyjętych do definiowania
pojęcia hipokryzji: czy umieścimy to pojęcie na linii pokory wobec mądrości większej od nas, czy też na linii rzeczywistej samodzielności, w której odpowiedzialność za nasze życie
ponosimy ostatecznie my sami. Ja stawiam na to drugie i mogę dyskutować z tym pierwszym, ale i tak zejdziemy w tej dyskusji na poziom aprioryczności założeń i wówczas pozostaje nam uznać
cudzą przestrzeń budowaną na innych założeniach. I o to uznanie w gruncie rzeczy chodzi - przynajmniej jako minimum społecznej uczciwości.
Sądzę, że nie da się tego ująć w kategoriach obszarów, tylko raczej poziomów. To nie jest tak, że są jakieś obszary życia społecznego, w których Kościół pełni rolę pozytywną, a w
innych negatywną. Natomiast są pewne poziomy zaangażowania. Im wyższy poziom instytucjonalności, tym gorzej pod tym względem. Na poziomie pewnej nieinstytucjonalnej prostoty, dostępu do
Ewangelii, taką pozytywną rolę Kościół w Polsce spełnia. Udostępnia coś, co jak sądzę, nikomu, kto się z tym spotka, nie daje do końca spokoju. Najprościej mówiąc, niezależnie od
tego, czy się za tym pójdzie, czy nie, zgodzi się z tym czy nie zgodzi, ma się do czynienia z czymś, co nam całkiem spokoju nie da. Kościół jako przekaźnik wyzwania Ewangelii wciąż w
Polsce zapewnia dostęp do tych tekstów, do tych znaków, do tego wyzwania - i to jest dobre. Bo źle się dzieje, kiedy ten dostęp znika, a w wielu społeczeństwach Europy już praktycznie
zniknął. W sąsiednich krajach, we wschodnich Niemczech czy w Czechach, trzeba dzieciom robić wycieczki do kościołów, żeby w ogóle im pokazać, że taka możliwość w historii była...
Z tego punktu widzenia - tak, choć w Czechach sekularyzacja jest skutkiem antynarodowego zwycięstwa kontrreformacji. Natomiast pytanie, co dalej. Bo w tak silnym instytucjonalnie Kościele jak
polski ta właśnie najważniejsza i najcenniejsza sfera jest relatywnie najsłabsza. Ona jest najmniej chciana w jego ramach. Chciane są te inne, które się nad tym nadbudowują, takie jak na
przykład organizowanie się, tworzenie pewnych struktur społeczności - czy to będą parafie, ruchy czy inne formy. Nie mówię, że to nie jest wartość, ale to pochłania wiele istotnej energii
i to nie jest ta energia, o której przed chwilą mówiliśmy. Im silniejsze zakorzenienie w tożsamości instytucjonalnej, tym trudniej przebija się wyzwanie Ewangelii kierowane do indywidualnego
sumienia. Co potem w konkretnych przypadkach widać dramatycznie i drastycznie. Ale poza wielkimi skandalami w Kościele ujawnianymi przez media to się dzieje stale, na co dzień, tylko tego nie
widać. To, że na ujawnienie przez kogoś z szeregów instytucjonalnych Kościoła - tak jak to zrobił ostatnio ojciec Mogielski - sprawy, która jest źle załatwiana przez instytucje kościelne,
z krzywdą najbardziej poszkodowanych, i to krzywdą narastającą, reakcją jest stwierdzenie, że to właśnie ten, który to nazwał, kala własne gniazdo i szarga godność człowieka, a nie ten,
który całą sytuację wywołał... To pokazuje, do jakiego stopnia już nie tylko hipokryzja tutaj działa, ale to, o czym powiedziałem wcześniej - przejęcie osobowości czy też przejęcie
indywidualnej odpowiedzialności przez instytucję, przejęcie sumienia i życia poszczególnych ludzi przez instytucję. To jest przecież wezwanie do nieodpowiadania za siebie. To nie jest
doskonalenie sumienia, ale jego fatalny regres.
Z jednej strony od dawna już mi się wydaje, że tak się dalej nie da. Pod względem szybkich zmian byłem przez pewien czas dużym optymistą. Ale to, co teraz powiem, zabrzmi mocno cynicznie -
struktury kościelne, instytucje kościelne w postaci konkretnych ludzi, którzy za nie bezpośrednio odpowiadają i z nich bezpośrednio korzystają (także życiowo), są w Polsce bardzo stabilne,
ponieważ mogą liczyć na wsparcie bardzo wielu innych ludzi, którym wprawdzie to wszystko się już bardzo nie podoba, ale którzy na razie nie zmienią swoich zachowań i będą to nadal
wspierali. Właśnie dlatego działa tak silny czynnik utrwalający bezwład, reagowanie na zasadzie nic się nie stało albo stało się wprawdzie jakieś nieszczęście czy jakieś przekroczenie,
ale gorsze od tego jest to, że nas atakują - na przykład atakują nas media. Więc my te ataki odeprzemy. Niestety, w tej chwili prawie wszystko wzmacnia ten mechanizm i prawie nic nie działa
przeciwko niemu. Co tutaj wyznacza kierunek? Duchowość? Idea Jezusowa? Chciałbym w to wierzyć, ale już nie mogę - nie mogę w nieskończoność odmawiać racji temu, co widzę. A widzę, że
idzie o władzę i jej środki. Tak, środki umożliwiające działanie. Mówiąc brutalnie, to się skończy dopiero w momencie, gdy skończą się pieniądze. W tej chwili są pieniądze, które
umożliwiają taki sposób działania. Inny sposób nie został uruchomiony, widać ten pierwszy miał za sobą jakieś racje. I znowu wracamy do pytania o te racje: czy one są duchowe? Czy to idea
Jezusowa? I znowu odpowiedź brzmi: duchowości tu nie widać. Czymkolwiek to jest - czy częścią jakichś szerszych mechanizmów, czy jednostkową taktyką, która z jakichś powodów wygrywa -
nie znosi to pytania o to, czy ów sposób nie jest aby ilustracją czegoś bardzo złego.
Sądzę, że do wielu już dotarła. W tej chwili to jest sprawa w dużej mierze pokoleniowa. Znaczna część najmłodszego pokolenia, także tego, które przestrzegając zresztą pewnych zachowań
czy zwyczajów religijnych, przechodzi przez emigrację i konfrontację z innymi kulturami, w zasadzie już patrzy inaczej. Natomiast nie wygląda na to, by po stronie hierarchii ktokolwiek poważnie
nad tym myślał i poważnie sobie stawiał pytanie, jakie będą konsekwencje. Pojawiają się pewne sygnały, na przykład konferencja Episkopatu obraduje na temat aktualnych problemów: emigracji,
coraz liczniejszych apostazji itp., ale to wciąż jest na poziomie reaktywnym: wszystko jest dobrze w instytucji, trzeba jedynie odzyskać kontrolę nad tymi obszarami, nad którymi się tę
kontrolę właśnie traci. Problem jednak tkwi w samej zasadzie tej kontroli, w niezdolności postawienia sobie pytania, do czego ona jest, z czego ona wynika, czemu naprawdę służy? Jeżeli te
pytania się nie pojawią, to wynik będzie taki, jak przewiduję, to znaczy kilkanaście lat działania siłą bezwładu i koniec. Jeden z moich kolegów patrzący na to krytycznie z wnętrza
Kościoła powiedział: "Problem w tym, że obecne pokolenie biskupów ma jeszcze zapewniony byt. Oni zostawią ten problem swoim następcom". To niestety znowu brzmi cynicznie, ale
cyniczne nie jest. To jest obserwacja realnego stanu rzeczy...
p