Błonie, wojskowe blokowisko na obrzeżach Mińska Mazowieckiego. Ponure socjalistyczne szeregowce ustawione gęsto jeden obok drugiego. Budynki należą do Wojskowej Agencji Mieszkaniowej w Warszawie. 47-letni Mirosław Raźniak mieszkał tu do wtorku. Mężczyzna od kilku miesięcy chorował na nowotwór krtani. Miał przerzuty do innych narządów wewnętrznych. Był bardzo słaby i wyniszczony. Raźniaka utrzymywał i opiekował się nim jego brat Andrzej. Obaj żyli z drobnych płac. Nie stać ich było na czynsz. Dług Raźniaków wynosił 14 tys. zł.

"To był wtorek ok. godz. 10. rano. Zobaczyłam przed klatką schodową komornika oraz pracownicę agencji. Widziałam, jak wchodzą do mieszkania Mirka" - opowiada DZIENNIKOWI sąsiadka Raźniaka Iwona Bartoszuk. "Krzyknęłam, że jest śmiertelnie chory i żeby go zostawili i pozwolili te kilka ostatnich dni życia spędzić w domu" - relacjonuje Bartoszuk.

Komornik wezwał karetkę. "Stan pacjenta był agonalny" - relacjonuje DZIENNIKOWI lekarka pogotowia Grażyna Grzywacz. Pracownica agencji kazała jednak zabrać umierającego mężczyznę. Nawet komornik protestował, ale człowiek, do którego zadzwonił, dyrektor wydziału egzekucji i windykacji WAM Tomasz Szymaniak, kazał dokończyć eksmisję. Następnego dnia Raźniak nie żył.

Ministerstwo Obrony zamierza przeprowadzić dochodzenie w tej sprawie. "Natychmiast poinformuję ministra o incydencie. Prezes będzie musiał się z tego tłumaczyć" - mówił DZIENNIKOWI rzecznik resortu Robert Rochowicz.

Przed siedzibą Wojskowej Agencji Mieszkaniowej odbyła się wczoraj kilkudziesięcioosobowa pikieta walczącego z eksmisjami stowarzyszenia, któremu patronuje Piotr Ikonowicz.