Dziennik.pl logo

Kariera Leona z Konga

25 kwietnia 2008, 01:24
Ten tekst przeczytasz w 2 minuty
Szef kongijskiego Senatu Kengo Wa Dondo to dawny Leon Lubicz
Szef kongijskiego Senatu Kengo Wa Dondo to dawny Leon Lubicz/Inne
Raz był Polakiem, a raz Tutsi. Zmieniał się w rynkowego reformatora i afrykańskiego hochsztaplera. Dawny człowiek groteskowego dyktatora Mobutu Sese Seko i zarazem jeden z pierwszych, który w Afryce usiłował wprowadzać zachodnią gospodarkę rynkową, od wczoraj jest w Polsce. Szef kongijskiego Senatu Kengo Wa Dondo to dawny Leon Lubicz, urodzony w 1935 r. w belgijskiej kolonii syn Afrykanki i polskiego Żyda - pisze DZIENNIK.

"Pan Kengo opowiadał mi o swoim polskim pochodzeniu, to niezwykle ciekawy polityk. Wizyta jest ważna, bo Demokratyczna Republika Kongo jest jednym z mocarstw afrykańskich" - mówił DZIENNIKOWI wicemarszałek Sejmu Stefan Niesiołowski. Razem z 73-letnim weteranem kongijskiej polityki do Polski przyjechała cała delegacja parlamentarzystów. Dziś spotkają się z przedstawicielami rządu.

Wizyty nikt by nie zauważył, gdyby nie jej główny bohater. W maju ubiegłego roku Senat afrykańskiego kraju niespodziewanie wybrał go na swojego szefa. Z kongijskiej polityki Kengo zniknął dziesięć lat wcześniej, gdy zrzekł się funkcji szefa rządu w zagrożonej przez rebeliantów Kinszasie. Wcześniej dwa razy stał na czele rządu - za każdym razem, gdy rządzący przez ponad 35 lat dyktator Mobutu potrzebował dyżurnego liberała. "W tamtych czasach biały z pochodzenia członek elity władzy był ewenementem, ale Mobutu mógł liczyć na lojalność Kengo - obaj pochodzili z tego samego regionu" - mówi DZIENNIKOWI Muzong Kodi z Chatham House.

Im bardziej Mobutu był sobą - dyktatorem kraju, w którym armia przyjeżdżała pod siedzibę banku centralnego i kazała sobie ładować worki z gotówką - tym Kengo miał słabszą pozycję. Im bardziej chciał się przypodobać zachodnim organizacjom finansowym, tym mocniej rósł w siłę.

Ostatni raz objął urząd w 1996 r., gdy rządy Mobutu chyliły się ku upadkowi. Ostatecznie wojenna zawierucha w miejsce umierającego kacyka wyniesie do władzy Laurenta-Desire Kabilę i jego dynastię.

Zamęt połowy lat 90. to okres, kiedy po raz pierwszy o Kengo przypomniała sobie Polska. Po ojcu, żydowskim lekarzu, odziedziczył nazwisko, które i tak zmienił w latach 70., gdy Mobutu kazał afrykanizować wszystkie miejscowe nazwy i imiona. Polskiego nigdy nie znał. Mimo to jako premier bogatego w surowce kraju był dla naszej dyplomacji łakomym kąskiem. Próba polonizacji Kengo spełzła na niczym. "Gościł czasem w siedzibie ambasadora, próbowaliśmy go przekabacić, jednak było widać, że do swojej polskości przykłada niewielką wagę" - mówi jeden z ówczesnych dyplomatów. O pochodzeniu przypominali mu zresztą równie często przeciwnicy, którzy demonstrowali pod hasłem "Kengo precz do Polski".

Potem przez lata mieszkał w Belgii - szybko wyjechał stamtąd, gdy miejscowa prokuratura oskarżyła go o pranie brudnych pieniędzy. Na szefa Senatu wybrano go na fali wracającej nostalgii za dawnymi czasami względnego pokoju.

Wizyta Kengo w Polsce kończy się dzisiaj.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Mariusz Janik
Mariusz Janik

Dziennikarz, fot. Materiały prasowe

Zobacz wszystkie artykuły tego autora
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj