p
: Warto zwrócić uwagę na skład administracji prezydenckiej. Składa się ona niemal w całości z ludzi Władimira Putina. A zatem jeśli Miedwiediew zechce jakichkolwiek
zmian politycznych, przyjdzie mu je realizować z ekipą putinowską. Na razie jako priorytet dla Kremla prezydent ustanowił rozwiązywanie kwestii socjalnych. Są to więc sprawy bieżące, a nie
strategiczne. I już zderza się z całym kompleksem biurokratycznych barier - na przykład wdrożenie decyzji o zagwarantowaniu odpowiednich warunków bytowych weteranom wojennym (rzecz pilna)
zajmie aż dwa lata.
Stare pokolenie polittechnologów odebrało już za swoje zasługi dla reżimu medale od Putina. Ludzie pokroju Gleba Pawłowskiego przestaną odgrywać pierwszoplanowe role. Na przykład popularny
program telewizyjny "Realnaja politika" autorstwa Pawłowskiego został zdjęty z anteny NTW. Jednak taki system władzy, jaki funkcjonuje w Rosji, ma wielkie zapotrzebowanie na
kreowanie wizerunku i stawianie potiomkinowskich wiosek. Bo to przecież nie jest demokracja, to jest system stawiający na wirtualność. A twórcami tej ostatniej są właśnie polittechnolodzy.
Teraz do głosu dochodzi ich młodsze pokolenie. Ludzie ci zaczęli o sobie dawać znać w późnym okresie prezydentury Putina. To są głównie dziennikarze telewizyjni, tacy jak Maksym Szewczenko.
Telewizja jest w końcu potężnym narzędziem tworzenia politycznej rzeczywistości.
Nie zgadzam się z tym. Putin od samego początku swojej prezydentury chciał się przypodobać społeczeństwu. Okazał się populistą, choć w ograniczonym zakresie, bo skutecznie kontrolował
finansową, makroekonomiczną stabilność. A jego reformy dobiegły końca w roku 2001. Potem była już tylko obrona status quo. Miedwiediew powinien zacząć reformy, póki w Rosji nie wybuchł
jeszcze kryzys spowodowany między innymi nieuchronnym spadkiem cen ropy naftowej czy wyczerpywaniem się złóż gazu. A do przeprowadzenia reform potrzebny jest przywódca nie tylko obdarzony
charyzmą, ale i cieszący się olbrzymim poparciem społecznym. W takiej sytuacji nie może być żadnej dwuwładzy.
Najważniejszym wyznacznikiem sytuacji w Rosji jest to, że rządząca nią korporacja chce przede wszystkim reprodukować swoją władzę. Realizacja tego zadania powiodła się i w rezultacie
władzy nadano nową formę. Pojawił się model asymetrycznego przywództwa - nazywanie tego tandemem to nieścisłość. Tak naprawdę sporo tu zależy od podziału pełnomocnictw i funkcji między
dwoma przywódcami: Putinem w roli premiera i Miedwiediewem w roli prezydenta. Putin ma w swoim ręku zasoby finansowe, biurokratyczne i polityczne. Miedwiediew posiada zaś ogromny potencjał
wynikający z uprawnień, jakie daje prezydentowi konstytucja. Ale nie ma jeszcze zasobów podobnych do tych, które posiada Putin. I nie wiadomo, czy uda mu się je zdobyć. Mamy tu zresztą do
czynienia z pewnym paradoksem: poprzednia ekipa w imię zachowania swojej fizycznej obecności w polityce burzy prezydencką pionową strukturę władzy budowaną przez Putina na przestrzeni
minionych ośmiu lat: model przywództwa asymetrycznego oznacza zburzenie tej struktury, w obrębie której hierarchia urzędników państwowych wiedziała, komu ma się podporządkowywać. Teraz
elita polityczna i przeciętni obywatele zadają sobie pytanie o to, kto jest w państwie najważniejszy. I na razie dochodzi do wniosku, że głównym aktorem jest Putin, który będzie podejmował
decyzje w zasadniczych sprawach, nie tylko gospodarczych i społecznych, lecz także tych dotyczących bezpieczeństwa państwa, mimo że znajdują się one w zakresie kompetencji prezydenta.
Wtedy model asymetrycznego przywództwa stopniowo przekształci się w pionową strukturę władzy. To będzie powrót do starej matrycy. I ta struktura może być zarówno prezydencka, jak i
kanclerska. Wówczas już dokładnie będzie jasne to, że w Rosji jest jeden boss, jeden moderator, jeden arbiter. Czy Miedwiediew rzeczywiście może stać się takim arbitrem? Sądzę, że tak,
ale pod pewnymi warunkami. Jeśli przejawi wolę polityczną, okaże się twardy, jeśli będzie w stanie unaocznić elicie, że to prezydent konsoliduje władzę w swoich rękach, i jeśli uzyska
poparcie społeczne (co jest zresztą niemożliwe bez kontroli nad telewizją), wówczas establishment i społeczeństwo mogą ujrzeć w Miedwiediewie swojego przywódcę. O takich szansach mówią
niedawne wyniki sondażu Centrum Lewady: około 67 procent Rosjan uważa, że Rosją realnie będzie rządzić Putin, ponad 25 procent, że Miedwiediew, jednak 47 procent chciałoby, aby to był
Miedwiediew, a tylko 22 procent, aby to był Putin. Rosyjski elektorat jest więc gotowy na to, by Miedwiediew stał się z prezydenta de iure prezydentem de facto. Co prawda większość elity
preferuje Putina jako symbol, wyraziciela poglądów i interesów oraz gwaranta jej pozycji. Choć, z drugiej strony, pewna część establishmentu, nieusatysfakcjonowana swoją pozycją, może
poprzeć Miedwiediewa.
Występują tu trzy czynniki. Po pierwsze, dla większości Rosjan rzeczywiście liczy się tradycja związana z Kremlem. Po drugie, zgodnie z konstytucją to na prezydencie spoczywają główne
obowiązki. To właśnie on określa politykę państwa. Wreszcie po trzecie, widać tu chęć znalezienia kogoś nowego. Część ludności - 20 - 30 procent spośród tych 47 procent zwolenników
władzy dla Miedwiediewa - chce zmian. Ta grupa ma już dość status quo.
W rankingu popularności - a nie w sondażu dotyczącym tego, do kogo powinna należeć władza - Putin wciąż ma przewagę nad Miedwiediewem. Jeśli chodzi o te 20 - 30 procent, ci ludzie nigdy nie
byli zadowoleni z Putina. Wśród nich są technokraci albo osoby o liberalno-demokratycznych poglądach, trafiają się też, choć to garstka, reprezentanci lewicowo-populistycznego elektoratu. Dla
liberałów Miedwiediew to nadzieja na odwilż, dla lewej strony - na jakąkolwiek zmianę. Jednak większość tych, którzy na niego głosowali, opowiedziała się po prostu za przekazaniem
władzy, ponieważ dostrzegła w nim ogon Putina.
Miedwiediew umiejętnie wymyka się rozmaitym ideologicznym etykietkom. Na łamach "The Financial Times" powiedział, że jest przeciw wszelkim ideologiom. Kreuje się na pragmatyka
zwróconego ku wszystkim warstwom społecznym. W jakimś stopniu to się udało także Putinowi. Jego elektorat stanowiły różne grupy, których interesy bywały wzajemnie sprzeczne. Miedwiediew
kontynuuje ten kurs. Ale powinien wiedzieć, że jeśli chce stworzyć swoją niezależną bazę, to nie może iść tą samą drogą, co Putin. To już przetarty szlak i idąc nim, wpadnie w
objęcia premiera, który go zadusi. Jedynym wyjściem dla prezydenta jest przyjęcie roli modernizatora i reformatora. Tylko wtedy uda mu się zachować swobodę działania i niezależność.
Na razie nic za tym nie przemawia. Wiemy tylko tyle, że przez minione 17 lat Miedwiediew był wiernym asystentem i młodszym przyjacielem Putina. Jednak historia czasem zmusza drugorzędną postać,
by stała się kimś bardzo ważnym. Tak było w wypadku Adolfo Suareza, ulubionego ucznia i współpracownika generała Franco. Wydarzenia uczyniły z niego reformatora i przywódcę. Nie możemy
wykluczyć, że w Rosji stanie się to udziałem Miedwiediewa.
Owszem. Pomińmy tu odległe dzieje i przyjrzyjmy się ostatniemu 17-leciu. W latach 1991 - 1993 funkcjonowała dwuwładza prezydenta i parlamentu, dwóch monopolistycznych sił, zakończona
konfliktem tych ośrodków i rozbiciem parlamentu. Drugi przypadek to lata 1998 - 1999. Premierem był wtedy Jewgienij Primakow. Rząd stał się bardzo silnym ośrodkiem władzy. Słaby prezydent
Jelcyn postanowił więc pozbyć się Primakowa. W obu wypadkach nastąpił powrót do tradycji, do matrycy struktury pionowej. Doświadczenie z Primakowem okazało się jednak o tyle przydatne, że
ówczesna Rosja po raz pierwszy przetestowała funkcjonowanie samodzielnego gabinetu opartego na większości parlamentarnej. Temu rządowi udało się stworzyć warunki dla wzrostu gospodarczego
kraju. Kremlowscy propagandziści twierdzą, że teraz jest świetnie, bo nareszcie Rosja powraca do zachodniej tradycji demokratycznej. Uważają, że obecnie będzie rządził silny premier mający
oparcie w silnym parlamencie. Ale to nieprawda. Rząd Putina nie jest gabinetem większości parlamentarnej. Jedna Rosja to nie partia polityczna, tylko biurokratyczna korporacja stworzona na Kremlu.
Ten rząd, którego legitymacją jest rzekoma większość parlamentarna, nie odpowiada przed Dumą. Na odwrót - to Duma stanowi pasożytniczy dodatek do rządu. Dlatego nie ma to nic wspólnego z
europejską tradycją podziału władz, lecz jawi się jako kolejna forma osobistego przywództwa Putina. Mamy do czynienia z władzą osoby, a nie instytucji. Ale najgorsze w tym jest to, że
doszło do rozdzielenia władzy formalnej, którą sprawuje Miedwiediew, i faktycznej należącej do Putina.
Oczywiście. Poza tym oni mają go uwolnić od spraw bieżących, dając mu możliwość przeprowadzania strategicznych manewrów. Tym samym Putin daje jeszcze wyraźniej do zrozumienia, że chce
być przywódcą, politykiem, a nie technicznym premierem.
Jeśli chodzi o rozmowy Putina z Jawlińskim, to dotyczyły one jakichś kwestii kadrowych. Wydaje mi się, że są to raczej gesty na pokaz. Pojawia się za to poważna kwestia: czy liberalna
opozycja będzie systemowa, czy antysystemowa? Liberałowie są co do tego podzieleni. Część z nich jeszcze za prezydentury Jelcyna stała się technokratami i znalazła się w strukturach
władzy, na przykład Anatolij Czubajs. Idąc tą drogą, utracili swój liberalizm. Są za wolnym rynkiem, lecz nie zaprzątają sobie głowy problemem praw i swobód obywatelskich. Wielu rosyjskich
liberałów wciąż żywi nadzieję, że jeśli będą prowadzić dialog z władzą, współpracować z nią, będą też mogli od wewnątrz oddziaływać na reżim, sprzyjać ewolucji systemu. A
przecież oni już byli u władzy i nie potrafili zmienić jej istoty. Teraz mają nadzieję, że jeśli pomogą Miedwiediewowi, to okażą się bardziej skuteczni i będą mieli wpływ na
reformowanie reżimu. Inna część liberałów opowiada się za antysystemowym charakterem opozycji i wychodzeniem na ulice - należy do nich na przykład Garri Kasparow. Są oni jednak kompletnie
bezradni, ponieważ nie mają legalnych kanałów, za pomocą których mogliby się komunikować ze społeczeństwem. Nie mają telewizji i ogólnokrajowej prasy. Dlatego znajdują się w sytuacji
patowej.
Patrząc z perspektywy minionych 17 lat, można wyciągnąć także inne wnioski. Kto w roku 1990 przypuszczał, że w roku 1991 nie będzie już ZSRR? Jeśli opozycja antysystemowa się
skonsoliduje, jeśli stworzy płaszczyznę porozumienia różnych środowisk, wyznaczy kierunek rozwoju, nawiąże kontakt ze społeczeństwem, zrozumie jego potrzeby - wówczas może odegrać w
przyszłości ważną rolę. Następnie powinna zaproponować społeczeństwu swoją alternatywę i przekonywać je, że sprawy mają się źle, więc konieczne są zmiany. Takie sprawy rozwijają
się w dzisiejszym świecie w szybkim tempie. Kiedyś, żeby społeczeństwo zrozumiało ograniczenia w funkcjonowaniu systemu, potrzeba było 50 lat. Teraz wystarcza pięć - siedem. I wtedy pojawia
się zapotrzebowanie na opozycję kontestującą system. W Polsce było podobnie. Kiedy w roku 1980 pojawiła się "Solidarność", nikt jej nie dawał żadnych szans. A
wystarczyło zaledwie dziewięć lat, by doszła do władzy.
Przecież nie można wykluczyć, że i część pragmatyków w łonie obecnej klasy politycznej dojdzie do wniosku, że w ich interesie leżą reformy. Obecna stabilność opiera się na braku
alternatywy, na pamięci o epoce Jelcyna i na świadomości tego, że sytuacja ludności się polepsza - w roku 1999 średnia miesięczna pensja wynosiła 80 dolarów, teraz wynosi 550. Ale to
jeszcze nie wystarczy. Elita sobie z tych problemów zdaje sprawę. Dlaczego ludzie establishmentu byli jeszcze niedawno na granicy histerii w związku z przekazaniem władzy? Bo brakuje im pewności
siebie. Oni boją się, co przyniesie dzień jutrzejszy. I zamiast rozwiązywać problemy, odpowiadają na nie ulubioną rosyjską zabawą - strzelaniem sobie w stopę. Jak mawia Wiktor Czernomyrdin:
"Chcieliśmy, żeby było lepiej, a wyszło jak zwykle"... Rosja miała być jedynym europejskim mocarstwem energetycznym. Ponieważ jednak rosyjska elita chciała to osiągnąć,
poruszając się jak słoń w składzie porcelany, w rezultacie Unia Europejska zaczęła prowadzić wspólną politykę energetyczną. Reżim zatrzasnął drzwi przed opozycją - w odpowiedzi
wychodzi ona na ulice i wszczyna niepokoje społeczne. Na razie wychodzi pięć tysięcy osób. Ale jak się zaczną problemy z inflacją, liczba ta może podskoczyć do 10 tysięcy. Niezadowolenie
już narasta. Teraz strajków jest znacznie więcej niż jeszcze dwa lata temu. Strajkują górnicy, kolejarze. To nie wszystko: Moskwa i Sankt Petersburg bardzo się wzbogaciły. W nich dobrze jest
mieszkać, bo można znaleźć wysokopłatną pracę. Tymczasem wszystkie rewolucje wybuchały właśnie w Moskwie i Sankt Petersburgu. A przecież sytuacja na prowincji jest znacznie gorsza.
Putin wypracował formułę polityki zagranicznej, która będzie zarówno przez niego, jak i przez Miedwiediewa kontynuowana jeszcze przez jakiś czas. Sprowadza się do tego, by być równocześnie
z Zachodem i przeciw Zachodowi. Elita polityczna chce partnerstwa z Zachodem, dialogu w sprawach gospodarczych, włączenia Rosji w rozmaite zachodnie struktury. Ale jednocześnie potrzebuje Zachodu
jako straszaka, za pomocą którego mobilizowane jest poparcie społeczeństwa. W ramach tego paradygmatu szczególną rolę odgrywa odrodzenie mocarstwowości jako czynnika konsolidacji
społeczeństwa. Ani za prezydentury Jelcyna, ani Putina elita nie wymyśliła żadnej idei, która mogłaby konsolidować społeczeństwo. Przyznanie na głos, że Ukraina i Gruzja to dwa suwerenne
państwa, które mogą iść własnymi ścieżkami, byłoby uderzeniem w sam mechanizm funkcjonowania tej elity. Chodzi tu zwłaszcza o Ukrainę. Jawna akceptacja jej wejścia do NATO jest
równoznaczna z samobójstwem rosyjskiego establishmentu. W wypadku Gruzji pojawia się kwestia trudnych osobistych relacji Putina z Saakaszwilim, które określają charakter stosunków między
oboma państwami. A to, co robi kremlowska elita, jest prowokacją: kreując Rosję na siłę pokojową, staje tak naprawdę po stronie Abchazji. I to prowokacją pełną hipokryzji: bo opowiada się
za integralnością terytorialną Serbii w wypadku Kosowa i własną - w wypadku Czeczenii, a Gruzji prawa do takiej integralności odmawia.
Nie. Rosja militarnie jest za słaba, w dodatku liczy się ze wsparciem udzielonym Gruzji przez USA i inne państwa NATO. Elita rosyjska nie chciałaby się całkowicie skompromitować. Ale prowadzi
politykę, nad którą utraciła kontrolę i dlatego osiąga cele przeciwne do zamierzonych. Właśnie przez taką konfrontacyjną politykę Ukraina i Gruzja są wpychane w objęcia NATO.
Mój stosunek do dzisiejszych zachodnich przywódców jest bardzo sceptyczny. Wydaje mi się, że wieloma krajami zachodnimi rządzą polityczni pigmeje, którzy nie mają żadnej wizji, a wobec
Rosji i przestrzeni postsowieckiej kierują się konformistycznym realizmem. Im rzeczywiście chodzi o święty spokój. Tak się zachowywali Chirac i Schröder, a teraz tak samo zachowują się
Berlusconi i Sarkozy. Nie można wykluczyć, że dla udobruchania Rosji niektórzy zachodni politycy podejmą nad głowami ukraińskich przywódców próbę porozumienia się z elitą rosyjską,
robiąc coś w rodzaju nowego Monachium czy nowej Jałty. Przypomnijmy decyzję o budowie Gazociągu Północnego - to była prawie nowa Jałta. Niemniej jednak w Unii Europejskiej zaczął się też
liczyć głos jej nowych członków. To właśnie Polska czy kraje bałtyckie zmusiły Busha, aby zgodził się przyjąć do NATO Ukrainę i Gruzję. W tym właśnie pokładam nadzieję, że do nowej
Jałty nie dojdzie.
p
, politolog, doktor nauk historycznych, wiceprzewodnicząca Programu Instytucji Politycznych w Moskiewskim Centrum Carnegie, współpracownik rosyjskich, brytyjskich i amerykańskich ośrodków badawczych. Autorka takich książek jak: "Postkommunisticze-skaja Rossija: łogika rozwitija i pierspiektiwy" (1995), "Politiczeskije zigzaki postkommunisticzeskoj Rossiji" (1997), "Yeltsin's Russia: Challenges and Constraints" (1997), "Putin's Russia" (2003, wyd. uzupełnione 2005), "Russia - Lost in Transition" (2007). Kilkakrotnie gościła na łamach "Europy" - ostatnio w nr 201 z 9 lutego br. zamieściliśmy wywiad z nią "Kim jest Dmitrij Miedwiediew?".