Czy konflikt izraelsko-palestyński jest w ogóle możliwy do rozwiązania? Pytanie to zadajemy sobie wszyscy, słysząc o kolejnych zamachach, zbrojnych interwencjach, zrywanych negocjacjach i obietnicach pokoju, które po paru tygodniach odchodzą w niepamięć. Dziś, gdy Izrael świętuje swoje sześćdziesięciolecie, nadzieja na pokój wydaje się bardzo nikła. Wynika to przede wszystkim z wewnętrznego rozdarcia w szeregach obu przeciwników. W Autonomii Palestyńskiej walczą ze sobą radykalny Hamas i umiarkowany Fatah. W Izraelu ścierają się zwolennicy obrony terytorialnych zdobyczy za wszelką cenę i ludzie optujący za ustępstwami na rzecz Palestyńczyków. O znaczeniu tych głębokich podziałów rozmawiamy dziś z wybitnym izraelskim filozofem Avishaiem Margalitem. Jego zdaniem są one nie tylko najważniejszą przyczyną tego, że dialog izraelsko-palestyński ugrzązł w martwym punkcie. Stanowią także symptom zmiany charakteru światowej polityki.
W przeszłość odchodzi jej liberalny model oparty na negocjacjach i kompromisie. Przed nami stulecie gwałtownych wewnętrznych konfliktów, które będą rozdzierać polityczne wspólnoty na całym świecie. Przewagę zyskują w nich bowiem sektarianie, zwolennicy polityki traktowanej na religijną modłę niedopuszczający możliwości kompromisu z przeciwnikami. Zwolennicy porozumienia zostają zepchnięci do defensywy. Wiek XXI - twierdzi Margalit - będzie stuleciem małych, ale katastrofalnych w skutkach wojen domowych.
p
Taka jest główna teza mojej najnowszej książki "Compromises and Rotten Compromises" (Kompromisy i zgniłe kompromisy). Piszę w niej, że XXI wiek to
czas, kiedy kompromisy coraz częściej będą uważane za zgniłe i niewarte starań. To doprowadzi między innymi do sytuacji, w której - inaczej niż w XX wieku - większość wojen będzie
konfliktami wewnątrz państw, a nie między państwami. Innymi słowy czeka nas stulecie wojen domowych. Nie będą one przypominać totalnych wojen światowych z ubiegłego wieku - skala konfliktu
jest tu znacznie mniejsza. Będą za to dłuższe, trudniejsze, bardziej gorzkie. Ominą tylko nieliczne miejsca na świecie.
Tak, o fundamentalizmie powinniśmy w ogóle zapomnieć. To pojęcie ma tyle konotacji, że nikt nie wie, o co tutaj chodzi. O pomieszanie scenerii religijnej i politycznej w Stanach Zjednoczonych? O
prezydenta Iranu? A może o bin Ladena? Zaciera się różnica między fundamentalizmem a politycznym islamizmem, czyli zjawiskiem promowania agresywnej ideologii islamskiej w polityce. Mówiąc
fundamentalizm, mamy zazwyczaj na myśli islamistów, a przecież istnieje bardzo wiele społeczeństw fundamentalistycznych w sensie religijnym - na przykład społeczeństwa prymitywne - które nie
są agresywne. Potrzebujemy nowych pojęć, dlatego w mojej książce używam terminów "sektarianizm" i "sektorializm". To pojęcia o wiele subtelniejsze, może
trudniejsze do zdefiniowania, ale lepiej opisujące naszą współczesną rzeczywistość. A przy tym to dwa najbardziej charakterystyczne zjawiska dla świata wieku XXI. To one będą kształtować
rzeczywistość polityczną następnych stu lat.
Zacznijmy od tego, że istnieją dwa zasadnicze typy polityki: ekonomiczny i religijny. Typ ekonomiczny podporządkowany jest zasadom wolnego rynku. W takiej polityce wszystko można wymienić na
coś innego. O wszystko można się targować. Działanie polega więc przede wszystkim na zawieraniu umów i kolejnych kompromisach. Ekonomiczna wizja polityki pozostawia bardzo niewiele miejsca dla
autorytetu i ceremonii. Autorytet zostaje zastąpiony przez podmioty dysponujące określoną siłą negocjacyjną i umiejętnością wprowadzania w życie wypracowanych umów. To wizja polityki dla
chodzących twardo po ziemi. Jej protagoniści wyglądają bardziej jak urzędnicy w szarych garniturach niż bohaterowie w szkarłatnych płaszczach. Z kolei w religijnym sposobie postrzegania
polityki przeważa perspektywa sakralna. To znaczy, że rzeczy nie są na sprzedaż, są niepodzielne, a więc nie mogą podlegać negocjacji czy jakimkolwiek kompromisom. Gdy Żydzi modlą się przy
chanukowych świecach, mówią, że świece są święte i nie wolno patrzeć na nie ani używać ich światła w celu innym niż wyrażenie chwały wielkiego imienia Boga. Gdy przeniesiemy ten typ
myślenia do polityki, otrzymamy stwierdzenie, że skoro życie embrionu jest święte, nie wolno nam dzielić ciąży na trymestry i arbitralnie decydować, kiedy możemy dokonać aborcji, a kiedy
nie. Religijna wizja polityki unika dramatyczności. Państwo w czasach wojny ma prawo zwrócić się do swoich obywateli z prośbą o ofiarę z ich życia. Polityka zaczyna pełnić funkcję
religijnych ram nadających ludzkiemu życiu sens.
Tak, postrzegamy politykę dwojako. W okresach wojen czy kryzysów bardziej jesteśmy skłonni patrzeć na nią z punktu widzenia religijnego. W okresach pokoju i dobrobytu - odwrotnie. Ci, którym
brakuje tej umiejętności dwojakiego spojrzenia, to właśnie sektarianie. Oni patrzą na politykę wyłącznie z punktu widzenia religii. Choć sami - to wielki paradoks - niekoniecznie muszą być
religijni. Gdy rola takich osób wzrasta, kończą się negocjacje. I wtedy słyszymy na przykład, że terytorium Izraela jest dobrem religijnym i nie podlega żadnym negocjacjom. Wzrost
sektarianizmu to w gruncie rzeczy wzmocnienie obrazu polityki jako sfery, gdzie nie ma żadnych kompromisów. Problem nie tkwi w religijności, lecz w niechęci do kompromisu.
Nie zgadzam się, że każdy kompromis musi być zgniły. Nawet nie spostrzegliśmy, gdy kompromis stał się brudnym słowem oznaczającym zdegenerowaną rzeczywistość. Dlatego angażuję się w
powstawanie szkół, do których chodzą wspólnie żydowskie i arabskie dzieci. Uczą się razem, razem obchodzą święta - swoje i dzieci wyznających inną religię. Mam nadzieję, że w
przyszłości doprowadzę do powstania żydowsko-arabskiej komisji, która będzie wspólnie pisać naszą historię.
Dziś największy problem nie polega tak naprawdę na tym, że Izrael i Palestyna nie mogą zawrzeć kompromisu politycznego, lecz na tym, że wewnątrz tych społeczności może dojść do wojny
domowej.
W czasach mojego dzieciństwa Izrael nie był jeszcze niepodległym państwem. Była to sytuacja pełna napięcia, ale ten wczesny Izrael miał cechę, która zapobiegła pogrążeniu się
społeczeństwa w wojnie domowej. Chodzi o bardzo silną potrzebę budowania wspólnoty opartą zarówno na przekonaniu, że Żydzi muszą być solidarni, aby bronić własnego bezpieczeństwa, jak i
na ideach syjonistycznych. I taka jest właśnie podstawowa różnica między sektarianizmem a sektorializmem. Podczas gdy sektarianizm potrafi doprowadzić do wojny o małe różnice w poglądach,
sektorializm oparty jest mimo wszystko na wierze, że istnieje jakaś wspólnota, którą można budować. Potem powstało państwo Izrael i wszystko się zmieniło. Pamiętam, że już w latach 50.
pojawiły się dramatyczne podziały przebiegające nawet wewnątrz rodzin, dotyczące tego, jak ktoś postrzegał Związek Radziecki. Dziś nastawienie Żydów nieustannie waha się między
sektorializmem a sektarianizmem. Weźmy na przykład osadników na Zachodnim Brzegu umieszczonych tam niedawno z przyczyn ideologicznych. Nie wiemy, co by się stało, gdyby zostali zmuszeni do
wyprowadzenia się stamtąd. Ci, których nazywam sektorialistami, są zwykle skłonni protestować, ale nie walczą z własnym wojskiem i policją. Co innego sektarianie - oni gotowi są opierać
się ewakuacji wszelkimi metodami, ryzykować wojnę domową. Podczas ostatnich ewakuacji przeważyło ostatecznie stanowisko sektorialistów. Nikt jednak nie jest w stanie zagwarantować, że to
się nie zmieni. Gdy sektarianie dojdą do wniosku, że mogą liczyć na poparcie większości społeczeństwa, postawią wszystko na jedną kartę.
Są rozdarci tak jak my. Wielu z nich uważa podział wspólnoty na zwolenników Hamasu i Fatahu za czwartą fitnę, wojnę wewnątrz islamu. Jedna strona obwinia drugą o grzech podziału
wspólnoty. Dziś zarówno Żydzi, jak i Palestyńczycy obawiają się, że dojdzie do wojny domowej. Zewnętrzna presja prowadzi do nasilenia wewnętrznych walk. To nieprawda, że w wypadku
zewnętrznej presji wspólnota się jednoczy. Spójrzmy na przykłady historyczne. Dokładnie to stało się z zelotami żyjącymi pośród Żydów w czasach Drugiej Świątyni. Wystarczyło, by
Rzymianie zaczęli wywierać presję i zeloci podjęli walkę z Żydami! Dokładnie tak samo jest w wypadku Iraku po amerykańskiej inwazji. Zewnętrzna presja zwiększa napięcia między
poszczególnymi grupami. I tu trzeba sobie powiedzieć jedno: zewnętrzna presja Zachodu także miała wpływ na rozrost sektarianizmu na Bliskim Wschodzie. W wielu wypadkach tak było. A już na
pewno, gdy chodzi o Irak. Jedynym efektem amerykańskiej interwencji była zamiana tyranii na wojnę domową. To niezbyt korzystny rezultat. Bo jak słusznie pisał Hobbes, lepszy jest najgorszy
despota, który potrafi utrzymać pokój, niż anarchia i wojna domowa.
To prawda, że w Ameryce istnieje bardzo silne izraelskie lobby. Jednak istnieją również inne, nie mniej silne. Choćby takie jak National Rifle Association (organizacja broniąca nieograniczonego
prawa do posiadania broni przez obywateli - przyp. red.). Jeśli więc ktoś wyobraża sobie, że lobby izraelskie jest tym, które manipuluje polityką amerykańską, to gratuluję mu bujnej
wyobraźni. Tak naprawdę w Ameryce najsilniejsze jest dziś lobby neokonserwatywne. To ono wykorzystuje lobby izraelskie, żeby wpływało na rząd Stanów Zjednoczonych. To oni przekonywali, kogo
się dało, do interwencji w Iraku. Jeśli przyjrzymy się uważnie całej sprawie, zrozumiemy, że Izrael, choć oczywiście poparł działania USA, tak naprawdę nie był gorącym entuzjastą tej
wojny. To, o czym naprawdę marzy Izrael, to wojna z Iranem, nie z Irakiem. Tak więc jest coś prawdziwego w myśleniu Mearsheimera i Walta - lobby rzeczywiście funkcjonuje. Jednak jego istnienie
jest sprawą tak oczywistą, że nie widzę powodu, by poświęcać mu aż całą książkę.
Można mieć nadzieję. Ale tylko, jeśli przyjmiemy, że tych, których uważamy za innych, trzeba i można zrozumieć, a nie, że musimy z nimi walczyć. Proszę sobie przypomnieć, że w czasach
gdy Europa toczyła wyłącznie wojny - w XVII wieku - na Bliskim Wschodzie nie dochodziło do żadnych poważniejszych konfliktów. Za panowania imperium otomańskiego, niemal aż do końca jego
istnienia, Bliski Wschód był niepodobny do Europy. Nie był areną konfrontacji. Dlatego jeszcze raz powtarzam: to, co prowadzi do wojny domowej, to nacisk z zewnątrz i czynienie wszystkich
różnic politycznymi, niepodlegającymi negocjacjom. Musimy to zrozumieć, jeśli chcemy chociaż w części poprawić stosunki między Żydami i Palestyńczykami.
p
, ur. 1939, izraelski filozof, profesor Uniwersytetu Hebrajskiego w Jerozolimie. Zajmuje się filozofią społeczną, filozofią języka oraz historią idei. Wykładał m.in. w Oksfordzie, Harvardzie i Princeton. Jego najważniejszą książką jest "The Decent Society" (1996) - wizja społeczeństwa, w którym podstawową więź stanowi uznanie przyrodzonej godności każdego człowieka. W Izraelu Margalit jest znanym rzecznikiem dialogu palestyńsko-żydowskiego. Jego inne książki to m.in. "Meaning and Use" (1979), "Idolatry" (1991) oraz "The Ethics of Memory" (2002). Po polsku ukazał się napisany wspólnie z I. Burumą "Okcydentalizm" (2005) - fragment tej książki opublikowaliśmy w "Europie" nr 64 z 22 czerwca 2005 roku.