Mówiliście pensjonariuszom, że jest wirus?

Reklama

A po co?

No…

Nie było po co ich straszyć, nic by to nie dało. Oni czasem i tak byli przerażeni. Pamiętam panią Zosię. Zawsze, kiedy ją przewracałam na drugi bok, kurczowo się chwytała i patrzyła na mnie wielkimi ze strachu oczami. Pytałam, czy kiedy spadła, czy co, bo jakby jakąś traumę miała.

Jak się teraz czuje?

Ona? A nie, ona zmarła. Zaraz, kiedy to było... Zdaje się, że tuż po Wielkanocy, chyba piątego dnia po tym, jak nas wszystkich zamknęli w placówce i nie wypuszczali na zewnątrz ani nie wpuszczali nikogo do środka. Ale nawet nie wiem, czy umarła na tego wirusa, bo nikt nie sprawdzał. Testów nie było. Miała gorączkę, kaszel, dusiła się. Tak od połowy marca. Chorowała przez kilka tygodni, aż się dziwiłyśmy, bo z pięć antybiotyków jej dali i nic nie pomagało. Ale to może dlatego, że przez telefon.

Jak to: przez telefon?

No, wcześniej była u nas lekarka. Przychodziła mniej więcej dwa razy w tygodniu. Ale, wie pani, jak się zaczęła w Polsce cała ta pandemia, to poszła sobie. Ma małe dzieci i chyba się bała, że coś złapie. Potem konsultowała przez telefon. Ale raz kierowniczka nam mówi: Ta doktórka jest beznadziejna, teraz mówi, żeby tylko przez SMS-y się z nią kontaktować. I przez te SMS-y zlecała pani Zosi nowe leki. Ale nic się nie poprawiało. Miała takie złogi w płucach, że jak sięgałyśmy jej do gardła, to aż tam się gotowało. Odsysałyśmy, jak się dało, ssakiem.

Ssakiem?

Szklane naczynie, co to ma wężyk i na końcu cewnik, który wkłada się do gardła i odsysa wydzielinę. Ona biedna miała jej tyle, że co rusz się ten cewnik zatykał. To czasem brałyśmy gazik i po prostu ręką to robiłyśmy. W sumie nielegalnie, no ale jak nie było pielęgniarek, to co robić.

Nie było pielęgniarek?

Były dwie, jedna, młodziutka, zaraz po szkole. Ola. Potem, jak już nam wyszły wyniki, że jesteśmy pozytywne – nie wytrzymała. Ja jej się nie dziwię. Przepraszała, ale nie dała rady. Inne wcześniej odpadły. No więc na 180 pensjonariuszy na dwóch piętrach to było mało pielęgniarek. W każdym razie i tak pani Zosi to nie pomogło, bo po kilku tygodniach odeszła. Była u nas przez trzy lata. Miała jakąś wnuczkę, która czasem na święta ją odwiedziła. Zresztą z tą jej śmiercią to też były niezłe hocki.

Jak to?

Bo jak pani Zosia zmarła, zadzwoniłyśmy z koleżankami na wieczorynkę – do 18 dzwoni się do zwykłej przychodni, ale to była druga w nocy. A ktoś przecież musi stwierdzić zgon. Po godzinie dzwoni do nas lekarz i mówi, że jest – ale go policja nie wpuszcza.

Reklama

Policja?

Stali noc i dzień pod bramą naszego DPS, żeby kontrolować, czy ktoś wchodzi albo nie wychodzi. Tylko co miałyśmy zrobić? Przecież zgon trzeba stwierdzić, co nie? W końcu udało się. Przyszedł nowy doktor. Stanął w drzwiach do oddziału, chyba bał się wejść. I tak krzyczy przez korytarz: „Hej dziewczyny, na pewno jest martwa?”. Odkrzyknęłyśmy, że tak. Dopytał jeszcze: „A plamy opadowe są?”. Były. To powiedział, że wierzy nam na słowo, wypisał kartę. Zostawił na stoliku i poszedł.

I co?

No właśnie. To nie koniec. Bo nie tylko nie wpuszczali lekarza. Służby pogrzebowe też nie miały wstępu. Normalnie, jak nie było pandemii, dzwoniłyśmy do nich i oni wszystkim się zajmowali. Ale tu musiałyśmy radzić sobie same. Ktoś tam jeszcze mówił, że ponoć w związku z wirusem trzeba ciała pakować w worki foliowe. Ale, szczerze mówiąc, nikt nic nie wiedział. Więc przełożyłyśmy panią Zosię na nosze, przykryłyśmy prześcieradłem. I przewiozłyśmy do promorte.

Czyli gdzie?

To taki schowek do przechowywania zwłok. Jak np. rodzina chce się zgłosić, ale nie mogą się dogadać co do zakładu pogrzebowego, to tam czasem wywozimy. Pomieszczenie jest na zewnątrz, idzie się do niego przez dziedziniec. Wie pani, nawet się cieszyłyśmy, że nie jest tak gorąco, bo tam nie ma chłodni ani nic, więc jakby za długo miały zwłoki leżeć… Ale to już nie nasza sprawa. W każdym razie przełożyłyśmy z noszy na łóżko, co tam stoi. I wychodząc, zapaliłyśmy światło.

Wychodząc? Po co?

To taki sygnał, który mamy umówiony. Jak pali się żarówka na zewnątrz, to znaczy, że w środku jest martwy.

Co się potem stało?

Już się tym nie interesowałyśmy. Choć z tym wywozem zwłok to był kłopot. Na naszym oddziale w sumie zmarło kilka osób. Ale na drugim piętrze to nawet było tak, że kilka osób w jedną noc odchodziło. Jak nas zamknęli w ośrodku, to spałyśmy wszystkie w sali gimnastycznej. W nocy słychać było czasem turkot kółek wózków. Wiedziałyśmy, że zwozili zwłoki. Rano tylko mówiłyśmy sobie – znowu o kogoś mniej. Przyznam pani, że stresujące były te karetki, które przyjeżdżały na sygnale. I ci kosmici na korytarzach.

Kosmici?

Ratownicy ubrani w kombinezony, gogle, rękawiczki, buty w osłonach. Nieziemski widok. Tym bardziej że my byliśmy kompletnie bez żadnej ochrony i cały czas na miejscu. A oni przerażeni, jakby u nas panowała totalna zaraza. Widzieliśmy przez okno, jak dezynfekują karetki. Ale i oni wydawali się bezsilni. Była jedna pani, miała straszny ból brzucha, fatalnie się czuła. Koleżanka opowiadała, że po kilku godzinach ratownicy przywieźli ją z powrotem. Wozili od szpitala do szpitala, żaden nie chciał jej przyjąć. Albo nie mieli miejsca, albo bali się, że może mieć koronawirusa, więc ją nam zwrócili. Zmarła o 3 nad ranem.

Jak to nie mieliście sprzętu ochronnego?

Prawda, że dziwne? Opowiem, jak to się zaczęło. Pierwsza w naszym ośrodku zachorowała chyba kasjerka. To znaczy do tego potem doszłyśmy z koleżankami, kiedy zaczęłyśmy dociekać, jak się u nas pojawiła choroba. Ta kasjerka miała męża, co wrócił z zagranicy. Potem nagle zaczęły znikać kolejne osoby z administracji. Ale nam nikt nic nie mówił. Wtedy też zaczęli gorączkować nasi mieszkańcy. Pierwszy był pan Leszek i to nam dało do myślenia. Bo on był jednym z tych chodzących. I chadzał do kasy, żeby pobrać pieniądze. Zgłaszaliśmy to kierownictwu, ale oni mówili, żebyśmy nie panikowały. Że to zwykłe przeziębienie. O panu Leszku mówili, że to przez te jego ćwiczenia na balkonie.

Może od tego?

Przez przypadek okazało się, że nie. Żona tego pana upadła i złamała nogę. Pojechała do szpitala. I tam natychmiast zrobili jej test – jak nam potem mówili, podobno dlatego, że była z DPS, więc trzeba zbadać. Był dodatni.

Czyli już kierownictwo ośrodka i wy też – wiedzieliście oficjalnie, że jest wirus. Zrobiono wam testy?

Nie, tylko nas jakoś dość szybko po tym zamknęli. Przyszłam w niedzielę, dzień po tym, jak to się okazało, na dyżur. Ale tak – fartucha ani śladu. Maseczki jakieś były, bo jedna z opiekunek szyła je na maszynie.

Czyli takie zwykłe, materiałowe?

Tak. Więc dzwonię do kierowniczki i pytam, co robić. Mówi mi: Baśka, weź klucze i wejdź do mojego gabinetu. Mam tam kilka fartuchów. Znalazłam trzy. A że akurat tego dnia był kapelan, to jemu dałam jeden. Pozostałe ubierałyśmy, wchodząc do pacjentów z gorączką.

Jedna weszła, nakarmiła, zdjęła fartuch. Potem kolejna, jak wchodziła, to go zakładała, jak miała pacjenta umyć. Pamiętam, że jeden miał bardzo wysoką gorączkę. Strasznie się pocił i musiałam kilka razy zmieniać pościel. To mnie koleżanki potem psikały całą płynem dezynfekującym. Ale fartuch oddałam kolejnej, co szła do innego pacjenta z temperaturą. Leżeli osobno.

Potem szłyście do tych zdrowych?

A kto miał iść? Przecież było nas na dyżurze dwie, i salowe. Ale rękawiczek miałyśmy dużo. Wyrzucałyśmy po każdym chorym.

Kiedy was zamknęli?

Chyba dwa dni przed świętami. Już rano wydawało mi się coś podejrzanego. Wchodzę, a tam puste pokoje administracji, nie ma nikogo z kuchni, na korytarzach tylko stoją metalowe wózki z jedzeniem. Chyba część musiała wiedzieć, co się święci. Tylko nie my. Do nas przyszła kierowniczka i mówi: Dziewczyny zostajemy tu do 15 kwietnia. Następnego dnia zadzwonili tylko jeszcze do koleżanek, co były w kwarantannie albo chore, żeby przyjechały do nas. To zresztą było zabawne, bo do Joli, jak ją dyrekcja wezwała, zadzwonił sanepid, gdzie się podziewa. Jak to w pracy? – dopytywali urzędnicy. I mówili, że przecież to zakazane. Zresztą słusznie, bo okazało się później, że była chora.

Spałyście, jak pani mówiła, w sali gimnastycznej?

Tak, tylko rzucili nam przed bramę łóżka polowe i śpiwory. A potem kazali zejść i zebrać.

To musiało być trudne.

E, najgorsze było to, że nie wiedziałyśmy, co się dzieje. Mamy bardzo dobry zespół, superdziewczyny pracują. Ale mało co było tu logiczne. Jak potem same myślałyśmy, np. kto miał kontakt z panią Elżbietą, co to upadła i złamała nogę, to uświadomiłyśmy sobie, że też koleżanki z drugiego. Bo pani Ela była gruba, ratownicy nie dawali rady, więc zawołałyśmy dziewczyny z góry. Przybiegły. Nikt nie patrzył wtedy, czy ma rękawiczki, fartuchy – trzeba pomóc, to się pomaga. Poza tym wtedy nie było oficjalnej informacji, że jest u nas ktoś chory. Ale tam na drugim to było jeszcze gorzej, bo jak mi mówiły koleżanki, u nich kierowniczka nawet temperatury nie pozwalała notować. U nas to przynajmniej sprawdzałyśmy i kładłyśmy do izolatek. Chociaż i tak chodziłyśmy do wszystkich tak samo. Pewnie mogli się inni od nas zakazić. A my od nich. Bo potem się okazało, że część z nas ma wirusa. Potwierdziło się to po tym, jak nam zrobili wymazy.

Od razu zrobili?

A gdzie tam. Tak po pięciu dniach od zamknięcia domu. Dyrektorka powiedziała, że przyjdą i będą pobierać. I że robią właśnie szkolenia pielęgniarkom. No to się wkurzyłyśmy. Głupie nie jesteśmy – wiedziałyśmy, że trzeba umieć wziąć wymaz patyczkiem z noso-gardzieli. Powiedziałyśmy, że mowy nie ma. Że mają nam zrobić to profesjonalnie, bo jeszcze u kogoś przegapią i będziemy potem zakażać.

I co?

Udało się. Dyrektorka się zgodziła. Tak jak z ozonatorem.

Ozonatorem, przecież on niekoniecznie zabija wirusy?

Ja to nie wiem. Ale jedna z nas przeczytała z mediów, że ponoć w naszym domu była przeprowadzona dezynfekcja. Wtedy to się zdenerwowałyśmy. Dobrze wiedziałyśmy, że nic nie było. Więc do dyrektorki, o co chodzi. Powiedziała, że zrobiła. U siebie w gabinecie. Tego już było za dużo! Kazałyśmy, żeby i u nas. Ona tłumaczyła, że wtedy trzeba wyjść na 40 minut. A nas przecież nie ma większość czasu na tej sali gimnastycznej, bo jesteśmy na salach. Więc przyszła z tą maszyną. I zrobiła.

Jak to, sama?

Tak, przywiozła coś i się zamknęła. Nie wchodziłyśmy.

Kiedy dowiedziała się pani, że jest dodatnia?

Dwa dni po pobraniu wymazów. Też jakoś tak dziwnie. Przyszła do nas dyrektorka, wzięła do społecznego, wyjęła kartkę i czyta: Marta – pozytywna, Basia – pozytywna, Ola – negatywna i tak dalej. Swoją drogą ciekawe, od kiedy o tym wiedziała. Bo jeszcze rano normalnie zrobiłyśmy naszym toaletę, nakarmiłyśmy. Potem dopiero nam powiedziała. Spytam, co robić? A ona na to: Nie wiem, Basia, weź fartuch i pracuj.

Poszła pani?

O nie. Tu też się zbuntowałyśmy. Ale skończyło się tak, że od godz. 9 do 18 siedziałyśmy w piwnicy. Nikt nie wiedział, co z nami zrobić.

Słucham?

Bo tam były jedyne puste pomieszczenia. Ale koleżanki z drugiego to jeszcze pracowały. Brały udział w segregowaniu chorych pacjentów od zdrowych. To był dzień ewakuacji. Tylko słyszałyśmy, jak przyjeżdża straż, karetki. Zabierali tych, którzy byli chorzy. Jak potem wychodziłam, to widziałam, że też oddzielili część korytarza taśmami foliowymi. Dzielili na strefy – dla tych z objawami, u których wyszły negatywne testy, ale mieli gorączkę, i zdrowych. To był przygnębiający widok: starzy ludzie siedzieli na korytarzu i wyraźnie nie wiedzieli, co się dzieje. Wszędzie wojsko i ci kosmici w goglach. A oni zupełnie, tacy, no tacy, jakby się zupełnie poddali.

Ja wtedy płakałam, bo nie wiedziałam, co ze mną. Nie mogłam wracać do męża i dzieci. Brat znalazł mi jakieś mieszkanie puste. Od trzech tygodni siedzę i czekam na kolejne wyniki.

Czy…

A, przepraszam. Pytała pani, czy wiedzieli o wirusie, to sobie teraz przypomniałam śmieszną historię. Pani Kazimiera i pani Janina spod „25”, obie z demencją. Mieszkały razem – codziennie wychodziły na spacer po korytarzu, pod rękę. Takie zawsze czułe i uważne dla siebie, często się gubiły i pytały, w którym pokoju mieszkają, choć były tu od lat. Więc kiedyś wyszły i Kazia mówi: Janeczko, popatrz, chyba jakaś zaraza jest, bo wszyscy w maseczkach.

Co z nimi?

Kazia okazała się dodatnia, jak zrobili wszystkim testy. Wywieźli ją do szpitala jednoimiennego. Przeżyła. Wróciła do placówki, ale koleżanki mówią, że to nie ten sam człowiek. Krzyczy, zrywa pampersy. I już na spacer nie wyjdzie. Tak, jak pan Mirosław, również wcześniej to jeszcze chodził, teraz wrócił, ale jest już z niego leżak. A pan Leszek, co jego żona miała test po złamaniu nogi robiony - też się okazał pozytywny i leżał w szpitalu. Ale przeżył.

A jego żona?

Nie wróciła. Zmarła w jednoimiennym. ©℗

Rozmawiały Klara Klinger, Paulina Nowosielska

Imiona i niektóre szczegóły zostały zmienione na prośbę rozmówczyni. Dane do wiadomości redakcji