Ekspert komentował ostatnie działania rządu ws. pandemii, m.in. powstawanie szpitali polowych.

Reklama

Szczerze, ta sytuacja jako żywo przypomina mi rok 1918 i pandemię grypy hiszpanki. Wówczas też hale fabryczne czy magazyny przerabiano na tymczasowe szpitale. Historia oceniła to jako niezbyt dobry pomysł. Teraz owszem, sytuacja jest inna, wiele spraw posunęło się do przodu, ale nie wydaje się realne, żeby w tak krótkim czasie zorganizować sprawnie działający szpital - mówił w TOK FM dr hab. n. med. Ernest Kuchar, specjalista chorób zakaźnych, kierownik kliniki pediatrii z oddziałem obserwacyjnym WUM, konsultant Luxmed.

Ludzie nabrali odporności, a ci, którzy nie potrafili poradzić sobie z zagrożeniem opuścili ten padół łez. Wypaliło się to paliwo epidemii, jakim są ludzie podatni na zakażenie - wskazywał dr Kuchar.

W przypadku grypy obserwujemy szybką mutację, teraz tego nie ma. Lockdowny to spowolniły. Gdyby jeszcze na wiosnę przyszłego roku faktycznie pojawiła się skuteczna szczepionka, to pewnie sztucznie udałoby się uzyskać odporność. Przez te 100 lat zarządzanie kryzysowe zrobiło duży postęp. Wprawdzie kupujemy czas, ale go nie marnujemy. Mamy osocze ozdrowieńców, leki. Jesteśmy mądrzejsi. Teraz ciężko chorzy na Covid-19 mają lepsze rokowania - ocenił ekspert w TOK FM.

Doktor uważa jednak, że pandemia szybko się nie skończy.

Cała nasza populacja była wrażliwa na zakażenie, nikt nie miał odporności. Gdybyśmy wiosną nie zrobili nic, to szczyt zachorowań pewnie dawno mielibyśmy za sobą, ale dla części osób skończyłoby się to tragicznie. Teraz możemy się spodziewać nawet 100 tysięcy zachorowań dziennie, bo tyle osób w sezonie grypowym w ubiegłych latach zgłaszało się do lekarzy - prognozował dr Ernest Kuchar.

Wersja optymistyczna jest taka, że jeśli będziemy z pełnym zaangażowaniem realizować obostrzenia, to one zadziałają. Efektów powinniśmy się spodziewać w ciągu dwóch tygodni od wprowadzenia. Tydzień został nam do przetrzymania - dodał ekspert.