Dziennik Gazeta Prawana logo

Nie jedli od pięciu dni. Sączyli tylko wodę z kałuży. "Zabrali moje dzieci i męża"

19 listopada 2021, 09:21
Ten tekst przeczytasz w 2 minuty
Migranci w pobliżu przejścia Kuźnica-Bruzgi
<p>Migranci w pobliżu przejścia Kuźnica-Bruzgi</p>/PAP/EPA
Przyjechał do Polski, by ocalić swoją rodzinę. Dziś jego bliscy są bezpieczni, więc ratuje innych migrantów.

Aras Palmani nawet nie wie, jak długo jest już w Polsce. Ani jaki mamy dzień tygodnia. Czy to sobota, a może dopiero czwartek? Godziny zlewają mu się w dni, dni w tygodnie. Odkąd przyjechał na Podlasie, jego dwa telefony dzwonią non stop, a skrzynki głosowe pękają od wiadomości. Niektóre po kurdyjsku, inne po arabsku. Większość brzmi jednak podobnie: "Błagam, pomóż nam, bo umieramy". Ludzi, którzy się z nim kontaktują, przeważnie nigdy nawet nie spotka. Doskonale zna za to ich głosy i historie.

Aras ma 50 lat, jest irackim Kurdem z brytyjskim obywatelstwem. Choć na stałe mieszka w Londynie, aktualnie rezyduje w Narewce, wiosce położonej 10 km od naszej wschodniej granicy. Półtora miesiąca temu jego rodzina na dobre opuściła północny Irak i dołączyła do kawalkady migrantów sunącej do Europy szlakiem wytyczonym przez Alaksandra Łukaszenkę. Jest ich siódemka: jego żona, córka z mężem i dzieckiem, dwóch synów i synowa. Jak tysiące innych przybyszy z Bliskiego Wschodu przez wiele dni błąkali się po lasach, przepychani przez pograniczników to z jednej, to z drugiej strony. Są już bezpieczni, czekają, kiedy w końcu będą mogli się spotkać. Aras, który przyjechał do Polski dla nich, uznał więc, że teraz inni potrzebują go bardziej. Skontaktował się z Grupą Granica i od tamtej pory wspiera aktywistów w ratowaniu migrantów koczujących na pograniczu. Zna "tylko" siedem języków (kurdyjski, arabski, turecki, farsi, angielski, niemiecki, bułgarski), ale i tak potrafi dogadać się z każdym. Mówi, że 70 proc. osób przechodzących przez granicę dzwoni dziś właśnie do niego. Niektórzy znajdują jego numer w internecie, kolejni dowiadują się o nim od innych cudzoziemców. Bardzo często okazuje się, że nie jest w stanie dla nich nic zrobić, bo znajdują się po białoruskiej stronie. Mimo to dzwonią i czasem płaczą razem.

Hipotermia

Zdarzają się jednak beznadziejne sytuacje, które kończą się happy endem. Tydzień temu dzwoniła młoda Irakijka. "Zabrali moje dzieci, zabrali mojego męża" – to jedyne słowa, które Aras wyłuskuje z jej rozedrganego, niepohamowanego lamentu. Kobieta jest tak roztrzęsiona, że mija 10 min, zanim udaje mu się choć trochę ją uspokoić. Gdy w końcu łapie oddech, opowiada, jak parę dni wcześniej Straż Graniczna złapała ją z mężem i trójką malutkich synków w środku lasu. Koczowali tam od dłuższego czasu – wyziębieni, opatuleni w przemoczone ubrania, których nie mieli gdzie wysuszyć. Nie jedli od pięciu dni. Sączyli tylko wodę z kałuży. Tyle razy ich push-backowano, że stracili rachubę.

CZYTAJ WIĘCEJ W WEEKENDOWYM "DZIENNIKU GAZECIE PRAWNEJ">>>

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło Dziennik Gazeta Prawna
Zapisz się na newsletter
Świadczenia, emerytury, podatki, zmiany przepisów, newsy gospodarcze... To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik Radzi. Chcesz się dowiedzieć, kto może przejść na wcześniejszą emeryturę? A może jakie ulgi można odliczyć od podatku? Kto może otrzymać środki w ramach renty wdowiej? Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj