Rzeczywiście, nie ma żadnych regulacji dotyczących macierzyństwa zastępczego. A gdzie nie ma prawa, tam wszystko wolno. Także wynajmować własne ciało. Zakazuje tego nawet dokument tak liberalny jak Konwencja Bioetyczna, ale Polska ciągle Konwencji nie ratyfikowała. Gdybyśmy to zrobili, udałoby się wyeliminować przynajmniej najbardziej skrajne patologie towarzyszące rozwojowi biomedycyny. A dla mnie wynajmowanie innej kobiety do urodzenia własnego dziecka jest patologią.
Konwencja zakazuje komercyjnego wykorzystywania ludzkiego ciała, a więc o wynajmowaniu nie może być mowy. Nie wypowiada się natomiast na temat nieodpłatnego „użyczania”
brzucha przez surogatkę. W większości krajów europejskich taka praktyka jest jednak zakazana. Nawet w skrajnie pod tym względem liberalnej Wielkiej Brytanii korzystanie z usług surogatki jest
dozwolone jedynie w bardzo konkretnych przypadkach, kiedy kobieta nie ma macicy lub gdy ciąża zagraża jej śmiercią. Surogatka nie może z tego jednak czerpać zysków. Cała ta sytuacja nasuwa
jednak mnóstwo dylematów moralnych i prawnych. Dlatego opowiadam się za wprowadzeniem w Polsce całkowitego zakazu macierzyństwa zastępczego, zarówno odpłatnego, jak i nieodpłatnego.
Wiem o tym, głęboko im współczuję. Uważam jednak, że ingerencja ludzka w porządek natury sięga w tym przypadku za daleko. Przecież nie wiemy, jakie procesy zachodzą w dziecku, które
przebywa w łonie teoretycznie obcej kobiety. Czy nie wytwarza się między nimi więź? W Stanach Zjednoczonych zdarzały się przypadki, gdy zastępcze matki odmawiały po porodzie oddania
noworodka matce biologicznej, bo zdążyły go pokochać. Czy podobne procesy nie zachodzą w psychice dziecka? Wydaje mi się, że tego typu praktyki to otwarcie puszki Pandory. Stosując je,
dojdziemy w końcu do świata, przed którym w XVIII wieku przestrzegał Thomas Jefferson. W tym świecie jeden gatunek ludzi będzie miał siodła na plecach, a inni rodzić się będą z ostrogami
na stopach. Mówiąc krótko, niekontrolowany rozwój biomedycyny otwiera bramy nowoczesnemu niewolnictwu.
Jeżeli zalegalizujemy taką praktykę, to jestem przekonany, że dojdzie do sytuacji, w których pozbawione środków do życia kobiety będą zmuszane do wynajmowania swojego brzucha.
Ten sam argument słyszę w odniesieniu do prostytucji. Proszę wybaczyć to porównanie, te sfery są bardzo odległe, ale chodzi mi o pokazanie mechanizmu, a jednocześnie zwodniczości argumentu
mówiącego o dobrowolności. Bo przecież doskonale wiemy, że w domach publicznych więzione są tysiące kobiet, które w praktyce są niewolnicami. Biomedycyna już dziś prowadzi do podobnych
sytuacji, np. do hodowania ludzkich embrionów po to, by zabijając je, otrzymywać składniki służące do leczenia innych ludzi. Dlatego uważam, że w dziedzinie biotechnologii powinniśmy
dmuchać na zimne. Dotyczy to także macierzyństwa zastępczego. Zresztą już sam ten termin jest moim zdaniem nadużyciem, bo kojarzy się z rodzicielstwem zastępczym, czyli najbardziej
szlachetną i bezinteresowną formą pomocy potrzebującym, jaką jest adopcja dzieci. Tymczasem w przypadku surogatek chodzi z reguły o biznes.
Nie chcę wchodzić w sumienie ludzkie. To samo słyszę od właścicieli klinik zajmujących się zapłodnieniem in vitro. Jednak kiedy rozmawiam z pacjentkami, które często mówią o tym, jak
bezwzględnie wymaga się od nich dużych kwot pieniędzy, to zadaję sobie pytanie, ile w tych deklaracjach o chęci niesienia pomocy jest szczerości, a w jakim stopniu pokrywają one żądzę
zysku na cudzym nieszczęściu. Myślę, że w przypadku pani Szymańskiej, która zarabia na wynajmowaniu i pośredniczeniu przy szukaniu surogatki, chodzi tylko i wyłącznie o pieniądze. W moich
oczach taka praktyka jest moralnym skandalem. Ale są też liczne wątpliwości prawne. Chociażby pytanie, kto jest matką tego dziecka? Kobieta, która je urodziła, czy ta, która dała mu
materiał genetyczny? Sądy w różnych krajach różnie rozstrzygają te kwestie. Moim zdaniem w sensie prawnym matką jest kobieta, która rodzi dziecko.
Chyba czuć tu zapach siarki, a w każdym razie moralny dysonans. Kobiety są przedmiotem transakcji handlowych. Handluje się ich ciałem, a ono jest przecież elementem tożsamości ludzkiej. W
dodatku także dzieci są przedmiotem transakcji handlowych, więc ich prawa są gwałcone. Nie powinniśmy zgadzać się na takie praktyki, nawet ze świadomością, że taki zakaz pozbawi niektóre
kobiety możliwości posiadania dziecka. Proszę jednak zwrócić uwagę na pułapkę, jaką zastawia na nas nasz język. Czy dziecko można posiadać? Przecież ono nie jest rzeczą, nie może być
własnością. Jest raczej darem, a przede wszystkim autonomiczną osobą. Dlatego tam, gdzie mamy do czynienia z napięciem między pragnieniem rodziców do posiadania potomstwa a dobrem dziecka,
należy stosować się do zasady przyjętej w polskim kodeksie rodzinnym, że wartością nadrzędną jest dobro dziecka.
Współczesna psychologia nauczyła nas, że tak jak w przypadku adopcji, tak i w przypadku zapłodnienia in vitro czy urodzenia przez matkę zastępczą, dziecko powinno być kiedyś poinformowane o
całej sytuacji. Na jakie cierpienie je wtedy narazimy? Czy nie pozbawimy go poczucia własnej tożsamości? Czy nie będzie miało dylematu, kogo powinno traktować jako rodzica: kobietę, której
kod genetyczny posiada, czy też tę, która je nosiła w swoim łonie? Człowiek powinien okazywać więcej pokory wobec porządku natury. Bo w przeciwnym przypadku świat, który otwiera przed nami
rozwój biotechnologii, może okazać się horrorem z powieści Huxleya czy Lema. Macierzyństwo to jedno z ostatnich tabu, jakie ocalały. Czy naprawdę musimy ustępować tym, którzy dążą do
jego zniszczenia, by zaspokoić swoje bezwzględne dążenie do zysku?
*Jarosław Gowin, poseł PO