Uważam, że nie możemy brać na siebie takiej odpowiedzialności i pośredniczyć w niejasnej prawnie procedurze.
No właśnie, nie jest uregulowane. A to rodzi wiele wątpliwości i nieprzewidzianych skutków. Co będzie, jeśli matka zastępcza nie zechce zrzec się praw do dziecka? Albo jeśli ono urodzi się
chore, np. z zespołem Downa, i rodzice biologiczni nie będą chcieli go wziąć?
Jako lekarz muszę to wszystko brać pod uwagę. Jestem odpowiedzialny za swoich pacjentów. Słyszałem, że takie zabiegi są wykonywane w jednej z polskich klinik, ale jak sądzę, tylko do czasu.
Do pierwszego przypadku, kiedy pojawią się jakieś kłopoty. A wtedy środowisko lekarskie nie stanie po stronie kolegi, który decyduje się na takie zabiegi.
Moim zdaniem powinno być dozwolone, ale jednocześnie obwarowane bardzo szczegółowymi przepisami. Tak jak np. w Wielkiej Brytanii, gdzie od 1990 r. macierzyństwo zastępcze jest dopuszczalne, ale
tylko w trzech przypadkach: kiedy kobieta nie ma macicy, kiedy z powodu choroby nie powinna zachodzić w ciążę albo kiedy wielokrotnie poroniła. Wyklucza to więc przypadki, gdy kobieta chce
wynająć matkę zastępczą, bo np. ciąża mogłaby jej zepsuć figurę czy przeszkodzić w karierze.
Miałem jedną taką parę. Ci ludzie nie powiedzieli tego wprost, ale z rozmowy jasno wynikało, że kobieta po prostu robi karierę, więc absolutnie nie może sobie pozwolić na 9 miesięcy
przerwy. A wracając do Wielkiej Brytanii, to okazuje się, że 40 proc. matek zastępczych to kobiety z najbliższej rodziny biologicznej matki, siostry albo kuzynki. W żadnym wypadku nie płaci
się im za wynajęcie brzucha. Rodzice pokrywają jedynie koszty utrzymania ciężarnej.
Oczywiście, że nie. To suma wzięta z sufitu.
Trzeba podkreślić, że macierzyństwo zastępcze to ledwie ułamek procenta w skali wszystkich zabiegów związanych z leczeniem niepłodności. Uważam, że gdyby sytuacja prawna macierzyństwa
zastępczego została prawnie uregulowana, byłoby to nie więcej niż kilkanaście przypadków rocznie.
*Tomasz Rokicki, dyrektor medyczny warszawskiej kliniki InviMed