W Polsce jest kilka rodzajów biednych ludzi. Pierwszy z nich to człowiek wykluczony i zmarginalizowany, który mieszka w tzw. polskich fawelach: w popegeerowskich wioskach, wielkich blokowiskach zbudowanych za czasów Gomułki i Gierka i wreszcie w miejskich fawelach, takich jak te na warszawskiej Pradze. Drugi typ biedy dotyczy osób, które naglą straciły pracę, ale nie potrafią zmienić miejsca zamieszkania, by znaleźć inną, ani nie chcą zrezygnować z dotychczasowego, często bardzo wysokiego, pułapu zawodowych aspiracji. Nie potrafią podjąć zajęcia gorzej płatnego, bo przyzwyczaili się do lepszego standardu życia. Na przykład byli posłowie wolą poprosić o zapomogę w parlamencie niż wrócić do dawnego zajęcia sklepowej czy woźnego w swojej rodzinnej miejscowości. No i są jeszcze bezrobotne rodziny, gdzie matka ani ojciec nie pracują, ale starają się na wszelkie możliwe sposoby zapewnić dzieciom jakąś stabilność.
Ten, który panuje w polskich fawelach. Bo w nich następuje całkowity upadek człowieka. A problem jest poważny, bo chodzi o kilka milionów Polaków.
Rzeczywiście, nie ma u nas klasycznych faweli z Rio czy Buenos Aires, ale są inne. Wystarczy pojechać na łódzkie Bałuty, zobaczyć niektóre mazowieckie wsie, miejscowości pod Słupskiem czy
na Podlasiu, by zobaczyć ten sam obrazek. Budynki nieremontowane od lat 60. czy 70., w nich zapyziałe mieszkania. Ale tu nie chodzi tylko o miejsce, fawele to znacznie więcej - zachowanie ludzi,
ich aspiracje, stosunek do własnego zdrowia i uczestnictwo w wysokiej kulturze, a raczej jego brak. W typowej polskiej faweli ojciec i matka nie pracują, żyją z zasiłków. Mają pieniądze na
to, by zapłacić abonament za telewizję, ale nie potrafią odłożyć na kurs prawa jazdy dla ojca, dzięki któremu mógłby dostać pracę jako kierowcą autobusu. W tych rodzinach dzieci są
wychowywane w przekonaniu, że nie trzeba się specjalnie wysilać, bo tyle, ile jest, wystarczy do przeżycia. Wystarczy tylko trochę pokombinować. Ci ludzie nie odczuwają absolutnie żadnego
związku z państwem, dla nich ono nie istnieje. Państwo ma tylko pomagać. Sami wykluczają się ze społeczeństwa.
To świat wczesnej inicjacji tytoniowej, narkotykowej, alkoholowej i seksualnej. To świat kombinowania, które jest sposobem na życie. Nie praca, nie edukacja czy rozwój, ale właśnie
kombinowanie. Tam dzieci szybko uczą się od rodziców, że trzeba kombinować, bo tylko tak idzie się do przodu. W fawelach nie ma dbałości o własne zdrowie, ani potrzeb kulturalnych wyższego
rzędu. Kultura to jest serial telewizyjny "Kiepscy". Z takiego właśnie środowiska pochodzą galerianki, które za ciuchy są gotowe uprawiać seks, a także pracownice agencji
towarzyskich. Te dziewczyny chcą się w ten sposób wyrwać ze swoich domów i osiedli. Mają krótkie cele, myślą tylko o tym, co będzie jutro i pojutrze. Sobota to już dla nich bardzo odległy
termin, choć przyjemny, bo kojarzy się z dyskoteką.
Nie ma oszczędności, kupuje najtańsze towary na kreskę w pobliskim sklepie. Ale gdy dostaje zasiłek, to spłaca długi, bo jest człowiekiem honorowym. Oszczędza na zdrowiu, nie chodzi do
dentysty, leczy się sam domowymi sposobami. Garderobą ma niewielką, bo potrzebuje tylko paru ciuchów na co dzień i nieco bardziej odświętny zestaw na niedzielę. W jego domu nie ma książek
ani płyt, czasem pojawiają się bulwarówki Jedyna wartościowa rzecz, jaką posiada mieszkaniec faweli, to telewizor, na którym ogląda tysięczny odcinek jakiegoś serialu. I oczywiście
komputer, by dziecko mogło na nim grać, choć już niekoniecznie podłączony do internetu.
Właściwie nic. Czasem przesiaduje na pobliskim przystanku albo na podwórku i obserwuje życie ulicy: gdzie idzie córka sąsiadki, albo czy miejscowy menel znów się upił. Na przechodniów z
innego świata mieszkańcy faweli patrzą z podejrzliwością i niechęcią. Zwróciłem uwagę, że twarze tych ludzie są z jednej strony obojętne, a z drugiej strony wrogie wobec tych, którym -
jak sądzą - się w życiu udało. Mieszkańcy faweli nie znoszą ludzi sukcesu. Nie myślą, że oni ciężko na swój dobrobyt pracowali. Wydaje im się, że zdobyli go kradzieżą albo
podstępem. Nie widzą żadnego związku między mozolną pracę a życiowym sukcesem. Uważają, że trzeba kombinować. Dla nich wybicie szyby i kradzież radia jest rzeczą najzupełniej
normalną, nie wydaje im się, że zrobili coś złego. Mają usprawiedliwienie: przecież muszą jakoś przeżyć. W fawelach nie funkcjonuje moralność, za to rządzi Kazio.
Najbardziej cwanym, rzutkim i przebojowym człowiekiem w okolicy. U Kazia albo z Kaziem można zarobić na czarno. Kazio ma zawsze flaszkę, dzięki której można się szybko oszołomić. I to on
podpowie, gdzie można coś zwędzić.
Idą do kościoła, bo są przywiązani do tradycji. Ale nie wchodzą do środka, tylko stoją na skwerku przed świątynią. I rozmawiają z Kaziem o tym, że sąsiad ma coś nowego, więc pewnie
gdzieś to ukradł. Bo mieszkańcy faweli w ogóle nie myślą pozytywnie. Mają negatywne koncepcje na życie, więc nie przyjdzie im do głowy, że sąsiad ciężko się napracował, więc coś ma.
Nie, on musiał to ukraść. Skąd taki pesymistyczny ogląd świata? Ci ludzie są bardzo często poniżani, zwłaszcza w pracy. Ich szefowie wykorzystują ich, każą im pracować na czarno, bez
ubezpieczenia, bo wiedzą, że i tak będą się kurczowo trzymać tej roboty. Dlatego mają potem poczucie podwójnej krzywdy - krzywdzi ich pochodzenie, ale krzywdzą także zasady społeczne. To
nie są z gruntu źli ludzie, tylko wykrzywieni przez mechanizmy społeczne, w jakich żyją. Nie potrafią normalnie funkcjonować. Zrobiliśmy kiedyś taki eksperyment: kilku osobom z faweli
urządziliśmy miejsca pracy. Jednemu wyszykowaliśmy punkt ksero, a drugiemu mały bar sprzedający kebaby. Ten pierwszy już w drugim dniu działania sprzedał kserograf i maszynę do laminowania i
wrócił na stare śmieci.
Oczywiście, że jest im dobrze. W faweli wystarczy 500 złotych miesięcznie, by przeżyć. Można za to kupić chleb i wino, jakąś tanią wędlinę, na przykład mortadelę po 5 zł za kilo.
Biedni nie myślą, z jakich świństw jest zrobiona mortadela. Tak jest ze wszystkim; ci ludzie stosują techniki samounicestwienia, zabijają się alkoholem, papierosami czy klejem, który
wąchają.
Oczywiście! Młodzi chłopcy chcą mieć samochody. Ich marzenie to fura, skóra i komóra. Ich marzenia są nieadekwatne do stanu posiadania, nie marzą o wykształceniu, o bardzo dobrej pracy,
tylko o dobrach materialnych. Problem w tym, że nie mają ani wykształcenia, ani kwalifikacji, ani nawet znajomości, dzięki którym mogliby te dobra zdobyć.
Musi skończyć z systemem rozdawnictwa. Dlaczego w zamian za zasiłek dla bezrobotnych nie sprzątają ulic albo nie grabią trawników? Jeśli możemy zatrudnić bezrobotnych do przeprowadzania
dzieci przez ulice, to dlaczego nie damy im również szczotki, by wymalowali płot koło szkoły? To państwo uczy biednych kolejnych pokładów bezradności. Dzisiaj pracownik socjalny powinien
być streetworkerem, który doskonale zna problemy swoich podopiecznych i potrafi ich w odpowiednim momencie wesprzeć, tymczasem on zajmuje się rozdawaniem pieniędzy.
Powinna, ale najpierw polskie szkolnictwo, szczególnie zawodowe, musiałoby się stać nowoczesne. Tymczasem proszę wejść do pierwszej lepszej szkoły zawodowej i zobaczyć, na jakim sprzęcie
uczą się młodzi ludzie. Nie naprawią mercedesa, tylko co najwyżej ciężarówkę. Podobnie jest ze stygmatyzacją szkół budowlanych. Przylepiono do nich łatkę, że uczą przedstawicieli
podklasy, a to nieprawda. Gdyby takie postrzeganie szkoły udało się zmienić, to może polski hydraulik nie kojarzyłby się z piciem i przekleństwami, tylko z przystojniakiem z plakatów, jakie
swego czasu rozwieszaliśmy we Francji. I jeszcze jedna sprawa: w polskich szkołach po południu sale gimnastyczne są zamknięte na głucho, a przecież nie od dziś wiadomo, że sport bardzo
skutecznie wydobywa dzieci z marginesu. A wystarczyłby jeden nauczyciel WF-u z pasją, by najmłodsi mieszkańcy faweli, zamiast siedzieć przed blokiem, ćwiczyli koszykówkę albo dżudo. To
pozwoliłoby im się wyrwać ze stanu marazmu i wszechogarniającej kultury nicnierobienia.
Tak, spotkaliśmy wielu takich ludzi. Założyli własne firmy i teraz chcieliby nawet pomagać tym, co zostali w fawelach. Bo mieszkańcy polskich dzielnic biedoty potrzebują nie tyle pieniędzy,
co wskazówki, jak się wyrwać z tego świata. Oni sami nie mają do tego wystarczającego impulsu, bo przecież jakoś żyją z dnia na dzień, wegetują. Problem w tym, że stojąc tak w miejscu,
w rzeczywistości się cofają. Nie aspirują do lepszego życia, więc nie mogą go osiągnąć.
p
- socjolog i pedagog, profesor w Pedagogium Wyższej Szkole Profilaktyki Resocjalizacyjnej w Warszawie