Andrzej Stankiewicz, dziennikarz "Rz", podczas wyborów na przewodniczącego PO, które odbyły się w sierpniu, zdobył karty do głosowania i wykazał, że system umożliwia manipulację wynikami.

Jedna z działaczek PO z Chojnic oddała sprawę do prokuratury, a ta wszczęła dochodzenie. Dotyczy art. 276 kodeksu karnego, który mówi o użyciu dokumentu przez osobę nieuprawnioną.

Posłanka PO Małgorzata Kidawa-Błońska uważa, że system wyborczy był szczelny, a karty musiał oddać członek partii. - Rozpatruję rzecz w kategoriach przyzwoitości, a nie prawa - mówi w rozmowie z "Rz". Jej zdaniem nie ma jednak nic złego w zbadaniu sprawy przez prokuraturę. - Jeśli ktoś chce to sprawdzić, powinien to zrobić - uważa. Eksperci mają jednak wątpliwości. Stawiane jest pytanie o granice dziennikarskiej prowokacji.

Prokuratura nie ma podstaw, żeby tak zakwalifikować ten czyn. Żadne z ustawowych znamion przestępstwa nie zostało wyczerpane - ocenia w "Rz" karnista Piotr Kruszyński.

Nie ma ustawowej definicji dziennikarskiej prowokacji. Musimy się tu posiłkować kodeksami etycznymi. Wydaje mi się, że nie można było inaczej udowodnić nieprawidłowości - uważa Dominika Bychawska dyrektor Obserwatorium Wolności Mediów Fundacji Helsińskiej.

W ostatnich latach sądy skazują średnio ok. 50 dziennikarzy rocznie. Głównie jednak na podstawie krytykowanego od lat art. 212 kodeksu karnego, mówiącego o zniesławieniu.