Od kilkudziesięciu lat państwo bierze na swoje barki coraz więcej ciężarów. Widać wyraźnie, jak socjalne państwo dobrobytu, przejmuje wiele funkcji tradycyjnej rodziny. Taką kluczową funkcją jest edukacja.

Afera opisywana przez DGP, związana z wyłudzaniem olbrzymich dotacji na kształcenie policealne to tylko jeden z przejawów patologii. Wniosek może być tylko jeden: państwowy monopol na kształcenie dzieci i młodzieży nie przynosi oczekiwanych skutków.

A spryciarze robią kasę

Instytucje państwowe roszczą sobie prawo do wyłączności na kształcenie umysłów i sumień. Rodzice, który chcą uczyć dzieci w domu napotkają na więcej problemów niż udogodnień. W kształceniu policealnym panuje nieopisany bałagan. Brakuje dobrych szkół, panuje masówka, gdzie spryciarze robią kasę, a miernoty kształcą miernoty.

Coraz więcej funkcji państwa to coraz większa biurokracja. Coraz większa administracja, to coraz wyższe podatki. Dlatego tak chętnie przyglądamy się, jak wydawane są nasze ciężko zarobione pieniądze.

Badania przeprowadzone przez amerykańskich ekonomistów i psychologów wykazały, że gdy zarządza się cudzymi pieniędzmi, podejmuje się wiele nieracjonalnych decyzji. Często takich, których nie podjęłoby się, gdyby wydawało się własne oszczędności. Widać jak na dłoni, że nasze podatki rząd wydaje lekką ręką.

Mechanizm opisany przez DGP ujawnił nie tylko fakt, że Ministerstwo Edukacji Narodowej marnuje nasze pieniądze, ale co najbardziej bulwersujące, nie robi dokładnie nic, aby zapobiec marnotrawstwu. Dlatego w obecnej sytuacji, gdy którykolwiek z polityków będzie domagał się "większych pieniędzy na edukację", należy się temu przeciwstawić, aby nie wyrzucać pieniędzy w błoto.

Naturalnie wielu czytelników będzie się zżymać, że winne są szkoły prywatne, które w nieuczciwy sposób wyłudzają pieniądze z MEN. Oczywiście. Jednak dzieję się tak dlatego, że na rynku edukacyjnym nie ma konkurencji, lecz istnieje państwowy monopol. Państwo pozostaje wyłącznym gwarantem edukacyjnych funkcji państwa, a firmy prywatne są znacznie bardziej kreatywne w metodach maksymalizacji swoich zysków. Gdy oba mechanizmy zetkną się ze sobą, mamy patologię do kwadratu.

czytaj dalej


Prawo rodziców

Edukacja to nie wyjątek. Analogiczną sytuację mamy na rynku ochrony zdrowia. Po co dbać o minimalizację kosztów, skoro i tak zapłaci NFZ. Podobnie na ryku ubezpieczeń. OFE nie muszą dbać o emerytury klientów, maksymalizują za to swoje koszty. Państwo nie dość, że zmusza Polaków, aby zapisywali się do funduszy, to jest jeszcze gwarantem na wypadek strat.

W głośnej ostatnio w USA książce na temat edukacji pt. „The Beautful Tree” James Tooley, opisuje swoje doświadczenia z nauczania w państwowych szkołach w Zimbabwe za czasów dyktatury Roberta Mugabe oraz współczesny boom edukacyjny w ubogich dzielnicach Indii. Okazuje się, że prywatne szkoły zakładane przez rodziców kształcą nie tylko lepiej, ale przede wszystkim taniej: koszt kształcenia w szkole prywatnej jest 2,5 razy niższy.

W ostatnich latach w Polsce nastąpił gigantyczny wysyp studentów. Na różnego rodzaju studiach kształci się w Polsce już 0,5 mln osób. Rektorzy szkół wyższych narzekają jednak, że wraz ze wzrostem liczby studiujących, nastąpił istotny spadek poziomu kształcenia. Nic dziwnego, skoro wiele programów dla studiujących staje się fikcją.

Dlatego uniwersalną metodą uzdrowienia rodzimej edukacji powinno być przywrócenie konkurencji. Konkurencji między kształceniem państwowym, prywatnym, rodzinnym, kościelnym. Należy nie tylko zrównać różnorodne metody kształcenia, ale umożliwić rodzicom wybór odpowiedniego sposobu kształcenia dla swoich dzieci.

Powrót bonu edukacyjnego?

Nie podam tutaj gotowej recepty. Może warto wrócić do koncepcji bonu edukacyjnego, za pomocą którego rodzice decydowaliby, komu zapłacić: szkole publicznej, prywatnej, tej prowadzonej przez zakony czy może zachować bon dla siebie i uczyć dzieci w domu?

Mam za sobą wiele doświadczeń związanych z edukacją. Naukę w komunistycznej podstawówce. Edukację domową za granicą. Studia licencjackie w prywatnej szkole. Doktorat na państwowym uniwersytecie. Dzieci posłałem do publicznego przedszkola, ale wkrótce oddam je do prywatnej podstawówki.

Wiem jedno: nie istnieje przepis na idealną szkołę. Jednak konkurencja z pewnością podnosi poziom kształcenia, pozostawiając rodzicom prawo wyboru. Gdy wyboru nie ma, nie można mieć pretensji do siebie, a jedynie do ministra edukacji.