Cel ustawy jest jasny: rząd chce zmniejszyć szarą strefę na rynku wynajmu mieszkań. Obniża więc stawki podatku, lepiej chroni właścicieli lokali przed nieuczciwym i uciążliwym lokatorem. Właścicielom łatwiej teraz będzie podwyższać czynsze, będą też mogli bez wyroku eksmitować niesfornego lokatora. Nie muszą przy tym starać się dla niego ani o lokal zastępczy, ani o inne tymczasowe lokum. Jednym słowem właściciele odzyskają pełny blask swoich praw.

Ale jest też coś w tej ustawie, co budzi niepokój. I nie chodzi mi nawet o to, że takie dobrowolne poddanie się w umowie najmu eksmisji, eksmisji praktycznie na bruk, to ryzykowny pomysł ustawodawcy. Bardziej niepokojący jest formalizm, który może zablokować wszystkie ustawowe korzyści razem wzięte.

Wizyta w skarbówce, dokumenty notarialnie poświadczone, podpisy notarialnie poświadczone oraz – a jakże – akt notarialny z oświadczeniem najemcy o dobrowolnym poddaniu się egzekucji – za 132 zł. Gdybym był złośliwy, napisałbym, że na tej ustawie najbardziej zarobią notariusze.