Co to jest kwaśniewszczyzna? To postawa charakterystyczna dla SLD za czasów świetności byłego prezydenta. Polegała ona na tym, że jedynymi prawdziwymi autorytetami postkomunistów byli politycy Unii Demokratycznej, a potem Wolności. Miraż historycznego kompromisu między dawną opozycją a dawną władzą z obozu PZPR był tak silny w latach 90., że nie dawał z emocji spać po nocach Aleksandrowi Kwaśniewskiemu, a jego partii podnieść ręki na etosowców. Nie było wtedy dla Sojuszu ważne nic poza opinią "Gazety Wyborczej" i nadzieją na wejście do prawdziwego salonu. Bez szemrania oddawano unitom stanowiska w komisjach sejmowych, a liberalni politycy SLD ramię w ramię z politykami UW zwalczali własnego koalicjanta - antyliberalnie wówczas nastawione PSL. Razem ze styropianowymi kolegami prywatyzowali Polskę, a potem płacili za błędy dzikiego kapitalizmu, tak jak np. w sprawie Banku Śląskiego, która skończyła się dymisją Marka Borowskiego. Wszystko w nadziei na to, że im bardziej przytulą się np. do Janusza Onyszkiewicza czy Jana Lityńskiego, tak bardzo zasłużonych dla opozycji demokratycznej, tym szybciej zdejmą z siebie odium postkomunistów.

W codziennym życiu sejmowym nie liczyło się nic poza poprawnością polityczną, która mogłaby przynieść cieplejsze spojrzenie ze strony unitów lub jakikolwiek znak ich ostrożnej aprobaty. Kwaśniewszczyzna była tak silna, że wszelkie odruchy buntu wobec obowiązującej doktryny podejmowane były po cichutku, konspiracyjnie, żeby nie powiedzieć - w SLD-owskim podziemiu.

Ten wielki sen o historycznej koalicji w końcu się zresztą byłemu prezydentowi sprawdził, ale w wersji krótkiej drzemki zakończonej nerwowym przebudzeniem, czyli w postaci LiD. Rozstanie z Demokratami było natomiast tak nieprzyjemne, że wydawało się wtedy, iż SLD z wizją takiego dziejowego kompromisu pożegna się na dobre.

Okazuje sie jednak, że klęska Unii Wolności i śladowe istnienie Demokratów, nie ukoiło dusz i tęsknot polskich nowoczesnych socjaldemokratów. Zdaniem autorów raportu przygotowanego na wczorajsze posiedzenie zarządu SLD duch kwaśniewszczyzny dalej unosi się nad Rozbrat, a szczególnie nad Wiejską i każe Wojciechowi Olejniczakowi szukać dziejowego spełnienia. Tym razem w ramionach Platformy Obywatelskiej.

To zarzut, który stawia Napieralski bardzo umiejętnie. Wie, że tzw. teren jest bardzo czuły na oskarżenia o liberalne odchylenie. Bo teren wie, że najważniejszy grzech lewicy spod znaku SLD, to za mała ilość lewicowości w lewicy. Co więcej, jest przekonany, że właśnie za to został porzucony przez elektorat. Bo co to za lewica, która popiera Balcerowicza? Co to za czerwoni, którzy sami wprowadzają ultraliberalny plan Hausnera? I w końcu: co to za lewicowa opozycja, która zgadza się na obcięcie przywilejów emerytalnych?

Takie pytania to broń, która może być dla Olejniczaka na dłuższą metę zabójcza. Oczywiście nie wśród sejmowych kolegów. Tutaj ma realne poparcie połowy z nich i na razie może spać spokojnie. Ale etykietka człowieka Platformy w SLD - jeśli Napieralskiemu uda się ją skutecznie przykleić - może mu w przyszłości bardzo zaszkodzić.

Jest to jednocześnie ostrzeżenie dla trzeciego gracza Jerzego Szmajdzińskiego. By zostać kandydatem SLD w wyborach prezydenckich, musi się poruszać bardzo ostrożnie. Politycznie bliżej mu do Olejniczaka. Od lat grają do jednej bramki i liczą na przyszłą koalicję rządową z PO. To Szmajdziński negocjuje np. nową ustawę medialną z PO i ma wśród ludzi Tuska opinię człowieka kompromisu. I właśnie dlatego Aleksander Kwaśniewski widzi w nim nadzieję SLD, czemu oficjalnie niedawno dał przecież wyraz. Ale sam na strzał się nie wystawia. Unika jednoznacznych deklaracji z nadzieją na to, że stanie się jedynym remedium po krwawej bitwie szefa partii i szefa klubu.

Czym to się skończy? Pozytywny skutek walki liderów SLD może być taki, że postawią sobie wreszcie pytania, które powinni postawić 15 lat temu. Może gdyby to zrobili, polityczny czyściec potrwałby dłużej, ale w efekcie powstałaby partia bardziej stabilna, o nieco bardziej klarownym ideowym obliczu? Polska jest przecież jedynym krajem postkomunistycznym, w którym lewica była przez lata tak bardzo prawicowa, że dziś nie umie się wyrwać spod ideologicznej dominacji konserwatywnych liberałów z PO i socjalizujących konserwatystów z PiS. Co więcej, nie wie nawet, w którą stronę miałaby się udać, by taką polityczną samodzielność uzyskać.