Piotr Gursztyn: To prawda, że PiS chce się pana pozbyć z kraju i dlatego wypycha do Parlamentu Europejskiego?
Zbigniew Ziobro*: Nie. To nieprawda. To ja sam chcę zostać eurodeputowanym. I to od bardzo dawna. Jeszcze w czasach rządu Kazimierza Marcinkiewicza rozmawiałem o tym z Jarosławem Kaczyńskim. Umówiliśmy się, że będę kandydował w najbliższych wyborach do europarlamentu z pierwszego miejsca w Małopolsce.

Tak wcześnie takie plany? Gdy zdawało się, że przed PiS świetlana przyszłość w Polsce?
Miałem taki plan. Może wychodzący daleko w przyszłość, ale na pewno uzasadniony. Parlament Europejski stwarza duże możliwości zaangażowania na rzecz obrony polskiego interesu. W Brukseli i Strasburgu powstają nowe strategie dotyczące reformy wymiaru sprawiedliwości oraz walki ze zorganizowaną przestępczością. Chciałbym mieć udział w tworzeniu takich rozwiązań. PE jest też miejscem, gdzie można zdobyć międzynarodowe doświadczenie.

Od zamierzchłych czasów Marcinkiewicza minęła cała epoka. Pan stał się wiceliderem PiS czy nawet następcą tronu w partii. A po drugie po przegranych wyborach prokuratury mają wiele pytań do pana.
Jeżeli chodzi o prezesurę w partii, to prezesem jest i będzie Jarosław Kaczyński. A po następnych wyborach będzie też premierem. Natomiast jeśli chodzi o prokuratorów, to Platforma Obywatelska poniosła tu całkowitą porażkę, a komisje śledcze się ośmieszyły. Stawiane mi zarzuty były wyssane z palca, co widzą nawet ludzie niechętni PiS. Od czasów Marcinkiewicza sytuacja jest inna, ale przesłanki się nie zmieniły.

Zdaje się, że jednak spędza pan bardzo dużo czasu na przesłuchaniach w prokuraturze? Podobno po kilkadziesiąt godzin każdego tygodnia, więc PE byłby sanatorium dla pana.
Rzeczywiście przez długie miesiące spędzałem w prokuraturach wiele dni. Platforma za pomocą prokuratury uniemożliwiała mi pracę poselską. Musiałem jeździć po kraju i odwiedzać różne prokuratury. Plusem tego była okazja do poznawania nowych pięknych miejsc, ale wolałbym to robić w innych okolicznościach niż w czasie wyjazdów na przesłuchania.

Czyli przyda się silniejszy immunitet PE?
Nie potrzebuję immunitetu. Dałem temu wyraz, zrzekając się immunitetu w Sejmie. Najlepszym immunitetem jest osobista uczciwość. Choć problemem dla Platformy mogą być międzynarodowe reperkusje wykorzystywania prokuratury do walki politycznej i stawiania fałszywych zarzutów jednemu z polityków największej partii opozycyjnej.

Wewnątrz PiS jest silna konkurencja. Może z powodu wewnętrznych konfliktów ucieka pan do Brukseli?
Decyzja o starcie w eurowyborach wynika z powodów, o których już mówiłem, i rozmowy z Jarosławem Kaczyńskim. To on obiecał mi, że będę startował z pierwszego miejsca z Krakowa. Konkurencja nie ma tu nic do rzeczy.

Czyli sprawa jest potwierdzona? W czerwcu pana nazwisko będzie widniało na liście PiS?
Z całą pewnością Jarosław Kaczyński w rozmowie ze mną przyjął takie ustalenia. Jestem przekonany, że tak właśnie będzie.

Jedynka w Małopolsce była zajęta przez Adama Bielana. Czy on panu ją ustąpi?
On nie pochodzi z Małopolski, nie jest z nią związany korzeniami w odróżnieniu ode mnie. Zresztą w poprzednich wyborach to ja ustąpiłem mu miejsca. Jest rzeczą naturalną, że jeśli będę startował, to z Małopolski.

Będzie konflikt o to miejsce.
Myślę, że Adam Bielan jest osobą na tyle rozpoznawalną - jest wiceprzewodniczącym PE - że świetnie poradzi sobie z każdego innego miejsca w kraju.

Czyli plan jest taki: pięć lat w Brukseli, w kraju kończy się burza wokół pana i potem triumfalny powrót. W najlepszym dla polityka wieku 43 lat.
Co będzie za pięć lat, to w polskich warunkach może powiedzieć chyba tylko wróżbita. Chcę w PE zaangażować się w obronę polskich interesów i zdobyć nowe doświadczenia. Interesują mnie rzeczy, którymi już się zajmuję, czyli wymiar sprawiedliwości, reforma organów ścigania i walka z przestępczością. Też ważną sprawą jest wykorzystanie środków unijnych. Przypomnę, że ostatnie dane, o których mówiła Grażyna Gęsicka, pokazują, że Polska ma poważny problem z ich wykorzystaniem. Praca w Brukseli też przecież nie zaszkodzi w zaangażowaniu w krajowych inicjatywach, np. wspieraniu kandydatury Lecha Kaczyńskiego w wyborach prezydenckich.

Wyborcy zagłosowali na pana głównie ze względu na hasła walki z przestępczością. W Brukseli bardziej im pan nie pomoże niż w Warszawie.
Coraz więcej decyzji w tych sprawach zapada w Brukseli. Jeszcze jako minister sprawiedliwości współpracowałem ze strukturami unijnymi i innymi krajami członkowskimi. A w tym Sejmie rola opozycji jest bardzo ograniczona.

Bardziej skuteczny nie będzie pan w Brukseli.
Nieprawda. Platforma Obywatelska wprowadziła niezwykle ostry spór polityczny, który przekłada się na pracę parlamentu. PO neguje wszystkie projekty, które przedstawia PiS. Jeżeli nawet są przyjmowane do dalszego czytania, to i tak są dewastowane w trakcie dalszych prac. Paradoksalnie za czasów Leszka Millera, gdy byłem w komisji ds. afery Rywina, miałem większe możliwości działania. Nie uwierzyłbym, że łatwiej będzie mi przekonać do dobrych rozwiązań posłów SLD niż obecnych polityków PO. W tamtych czasach dzięki ponadpartyjnemu kompromisowi wprowadziliśmy wiele zmian w przepisach zaostrzających kary za przestępstwa pedofilskie. Udało mi się przekonać parlamentarną większość do umieszczenia w kodeksie karnym przepisów pozwalających ścigać korupcję w futbolu. Dziś podobna sytuacja nie byłaby możliwa, bo Platforma uznała, że jej polityczny interes wymaga totalnej negacji wszystkiego, co proponuje opozycja. W tym sensie widzę, że więcej miejsca dla mojej aktywności jest w PE.

Pański brat pracuje w Brukseli. Partyjni koledzy i dziennikarze uważają, że to on pana namówił.
Nieprawda, to plotki. On nie miał wpływu na moją decyzję. Zresztą jako kandydat do PE wystąpiłem już w poprzednich wyborach, ale ustąpiłem na rzecz Adama Bielana. I wspierałem go, ale już wtedy rozmawiałem z Jarosławem Kaczyńskim na temat mojego startu w kolejnych wyborach. Dlatego śmieszą mnie plotki, jakoby Jarosław Kaczyński chciał mnie wypchnąć do europarlamentu. Publicznie je dementuję. Jest dokładnie odwrotnie.

Pan za nim chodził?
Tak. Ja go przekonywałem.

A co z językami?
Chociaż wszystkie języki krajów członkowskich są równoprawne, to staram się pracować nad angielskim. Mam nadzieję, że będą postępy.

Czyli pierwszą połowę dnia spędza pan w prokuraturze, a drugą na korepetycjach?
Na powtórce, bo angielskiego uczyłem się już w latach szkolnych. Znalazłem stare podręczniki i teraz je wertuję. Staram się poprawić moje umiejętności, choć wiem, że wielu wpływowych polityków z Niemiec, Włoch czy Francji nie zna angielskiego. I oni uważają to za normalne, bo twierdzą, że reprezentują ważne narody, co - jak twierdzą - upoważnia ich do przemawiania wyłącznie w ojczystym języku. Podam jako przykład szefa Komisji Prawnej PE, który mówi tylko w języku ojczystym, czyli włoskim. Mimo dumy narodowej nie podzielam tego poglądu, bo angielski jest potrzebny do rozmów kuluarowych.

* Zbigniew Ziobro jest posłem PiS i był ministrem sprawiedliwości