Mam jak najlepszą opinię o imponującej drodze życiowej Andrzeja Czumy. Budzi ona respekt. Ale jego dotychczasowy pobyt w parlamencie każe mi mieć mieszane uczucia co do jego nominacji na ministra sprawiedliwości.

Andrzej Czuma dał się poznać przede wszystkim jako przewodniczący tzw. komisji naciskowej i jego sposób przewodniczenia nie zaprzeczył niestety zarzutom, jakoby komisja powstała przede wszystkim po to, by dopiec PiS- owi. Większych odkryć i osiągnięć jak dotąd nie dokonała. Przyznam, że oglądałem jej prace jedynie dorywczo, ale odnosiłem wrażenie, że jako przewodniczący Andrzej Czuma nie przestrzega koniecznych reguł i nie wykazuje dostatecznej cierpliwości wobec oponentów - nawet jeśli nie działają w dobrej wierze.

To, co mnie zniechęciło jeszcze bardziej, to forsowanie przez nowego ministra amerykańskich pomysłów, aby każdy Polak miał giwerę pod łóżkiem. Jak na kandydata na ministra sprawiedliwości są to postulaty niepokojące. Oczekiwałbym, że przyjdzie do tego resortu z innymi pomysłami na to, jak zapewnił nam w kraju bezpieczeństwo. I że będą to pomysły bardziej europejskie, a nie amerykańskie.

Wbrew niektórym komentarzom uważam jednak, że nie jest to nominacja "krótkiej ławki". Wydaje się, że Donald Tusk bez większych problemów mógł znaleźć innych kandydatów. Padło na Czumę, jako na człowieka którego - z racji przeszłości - nie będzie uchodziło krytykować. Trzeba jednak przyznać, że jest wiele resortów, w których ważne są przede wszystkim kwalifikacje polityczne - resort sprawiedliwości do nich nie należy. Tu liczą się kwalifikacje merytoryczne, znajomość regulacji, standardów, środowisk i realiów. Czy Andrzej Czuma je ma?