Różne rzeczy mogą się w życiu zdarzyć. Rozwieść się to nie zbrodnia. Ale niekoniecznie trzeba chwalić się tym publicznie, jak to robi dziś Kazimierz Marcinkiewicz, rozsyłając do tabloidów swoje zdjęcia z nową, śliczną narzeczoną. Upokarza w ten sposób całą swoją rodzinę, którą jeszcze niedawno tak chętnie się chwalił.

Mało kto już pamięta, kim był Kazimierz Marcinkiewicz na początku swej politycznej kariery: katolickim konserwatystą z zetchaenowskim rodowodem. Najważniejsze dla niego były wartości chrześcijańskie, rodzina, dzieci. Później jako premier chodził na spotkania do Radia Maryja czy Telewizji Trwam. Nie powołał w swoim rządzie pełnomocnika ds. równego statusu kobiet i mężczyzn, sprzeciwia się in vitro i potępia homoseksualistów. Jednym słowem prawicowiec pełną gębą.

Ale Marcinkiewicz to przede wszystkim człowiek, który został premierem nie dzięki swoim talentom, lecz dzięki Adamowi Bielanowi i Michałowi Kamińskiemu - pisowskim spin doktorom. Doszli oni do wniosku, że Jarosław Kaczyński jako szef rządu zaprzepaści szanse swojego brata Lecha w wyścigu prezydenckim. Nie miał kto zostać premierem, więc został nim Kazimierz Marcinkiewicz. I jego praca jako premiera polegała przede wszystkim na politycznym PR. Miał świetnego PR-owca, Konrada Ciesiołkiewicza, który potrafił od rana do wieczora organizować premierowi ciekawe zajęcia i korzystnie pokazywać go w mediach. Na tym polegał ich sukces. Jeden z polityków powiedział ostatnio w Radiu Zet, że Marcinkiewicz został Dodą polskiej polityki - i chyba miał rację.

Mógłby jednak robić sobie co chce, gdyby nie krzywda, jaką robi swojej rodzinie. Cała Polska dowiaduje się, jak wygląda nowa miłość pana Kazimierza, który zresztą sam wysyła jej zdjęcie do Superekspressu. Fałszywe są więc te utyskiwania na bezduszne media i wścibskich paparazzich, którzy biednego Marcinkiewicza ścigają po całym Londynie. Nikt by się nim nie interesował, gdyby sam tego nie chciał. Sam dzieli się z całym światem swoim szczęściem. A przecież jeszcze rok temu znajdował je podobno zupełnie gdzie indziej. 10 stycznia 2008 w swoim popkulturowym stylu wyznawał na blogu: "Kocham Cię, a kochanie moje to rozstania i powroty - często nucę to za Korą swojej żonie. Mam dom, prawdziwy i ciepły. Wiem, że jest nie tylko moim domem. Wrócę do niego dokończyć życia, gdy zrobię wszystko co postanowiłem, co zaplanowałem, albo uznałem za ważne do wykonania".

Byłemu premierowi chodzi dziś zapewne o rozbrojenie bomby, nim ta w niego uderzy. Kto wie, może wciąż marzy mu się nawet start w wyborach prezydenckich? Myślę jednak, że po takim numerze nie ma większych szans, zwłaszcza u kobiet. W gabinetach fryzjerskich i kosmetycznych już słychać głosy oburzenia pań, które deklarują że nigdy więcej na kogoś takiego nie zagłosują. Jarosław Kaczyński powiedział kiedyś, że zrobił Marcinkiewiczowi krzywdę nominując go na premiera, i chyba tym razem miał rację. A największą krzywdę zrobił nieświadomie jego żonie.

Ciekawa jestem, co z tym fantem zrobi teraz Platforma Obywatelska, która miała wobec Marcinkiewicza dalekosiężne plany. Zapewne zrobią badania aby przekonać się, czy przyjęcie pod swoje skrzydła polityka, który na oczach całej Polski opuścił żonę, im się opłaci. Marcinkiewiczowi zaś marzy się pewnie droga Nicolasa Sarkozy'ego, który odszedł od żony, znalazł sobie młodszą i ładniejszą i dziś święci polityczne tryumfy.

Pamiętam jak Kazimierz Marcinkiewicz cytował swojego syna, który miał mówić o politykach Platformy per "cieniasy". Ciekawe, jak teraz mówi o swoim tacie. Panu Kaziowi dedykuję zaś piosenkę: "Był niepozorny, brzydki, chudy, wręcz nieudolny, w rozmowach nudny, w obejściu prosty, prawie bez zalet, gość domorosły, miał jeden talent..." („Jako mąż i niemąż”, Atrakcyjny Kazimierz).