Skończyłem się dobrowolnie dwa i pół roku temu, wycofując się z polityki.
I sądzę, że są one jak najbardziej aktualne. Ale nigdy nie zamierzałem kandydować do Parlamentu Europejskiego, bo on mnie nie interesuje i nie odpowiada mojemu temperamentowi.
Rozmawialiśmy tydzień temu i potwierdziłem premierowi, że nie kandyduję. Na prośbę polityków Platformy Obywatelskiej, ze względu na ich wewnętrzne sprawy, nie ogłaszałem tej decyzji.
Miało to zostać upublicznione w lutym.
Jesteśmy w stałym kontakcie i uzgodniliśmy moje możliwe zaangażowanie w ramach PO. I w zależności od rozwoju sytuacji politycznej może nastąpić mój powrót.
A co się stało? Wojna z tabloidem? Nie nastąpiło nic, co mogłoby zmienić nasze dotychczasowe ustalenia. Bardzo łatwo wyobrażam sobie mój powrót do polityki.
Chciałem uchronić siebie i najbliższych od wielotygodniowego serialu o moim rozwodzie, więc zgodziłem się na wywiad i posłanie "Super Expressowi" zdjęcia, pod warunkiem że
zakończy to całą sprawę. Ale oni nie dotrzymali obietnicy, bo nie są gazetą honorową, tylko beznadziejnym tabloidem.
Nie, ale wierzyłem, że szczery wywiad może zakończyć całą historię, że moja prywatność, trudna sytuacja rodziny, wrażliwość czy delikatność sytuacji zostaną uszanowane. To był
błąd. "Super Express" rozpoczął ze mną wojnę, zmyśla historie, kłamie jak najęty, dlatego podam ich do sądu, domagając się zaprzestania podawania jakichkolwiek
informacji o mnie, bo jestem osobą prywatną, a nie publiczną.
W przyszłym tygodniu.
Na cele charytatywne. Na pewno dużo.
Dziękuję za to pytanie, bo ono doskonale pokazuje sposób myślenia polskich dziennikarzy.
Oczywiście, że wiem, jak działają brukowce, ale do tej pory wszystkie umowy, jakie zawierałem z dziennikarzami, były dotrzymywane. Po raz pierwszy "Super Express" pokazał mi,
że ma je gdzieś.
.
Bardzo możliwe, ale nie spotkałem jeszcze polityka, który byłby potraktowany przez media równie perfidnie jak ja. Żadnego nie spotkała tak długa i tak brutalna napaść, żaden nie został
potraktowany równie bezwzględnie. Nie rozumiem, jak poważni dziennikarze mogli stanąć po stronie tabloidu, a nie po mojej!
Powtarzam, że zrobiłem to tylko po to, by jakoś skończyć ten spektakl, uchronić bliskich i nas przed paparazzimi. Pewnie każdy by tak zrobił.
Popełniłem błąd, wchodząc w układ z "Super Expressem", bo z brukowcami takimi jak ten nie zawiera się dżentelmeńskich umów. Gdyby oni, zgodnie z umową, poprzestali na
publikacji zdjęcia i wywiadu, wszystko byłoby w porządku.
Mnie też jest przykro. Już powtarzam słowo "przepraszam", ale to ja i moi najbliżsi jesteśmy poszkodowanymi, a nie agresorami. Nastąpił niekontrolowany wybuch, a ja chciałem
go jakoś opanować i sprawić, by trwał krócej.
Jak można opowiadać takie bzdury? Oczywiście zamierzałem poinformować opinię publiczną o mojej nowej sytuacji osobistej, ale miałem zamiar zrobić to po rozwodzie, a nie w jego trakcie. To,
co się wydarzyło, było niezbyt udaną próbą odpowiedzi na to, co wyprawia ze mną "Super Express". Jestem zdumiony tym, że dziennikarze, którzy często sami padali ofiarą
tabloidów, tym razem tak łatwo im uwierzyli!
Przysłałem tylko po to, by zakończyć spektakl.
Nie widzi Pan różnicy w wysyłaniu zdjęć po to, by się chwalić, a wysłaniu pod szantażem z obietnicą zakończenia sprawy?
Mam na piśmie obietnicę "Super Expressu", że przysłanie zdjęć i wywiad kończą sprawę. Nie skończyło. Zmyślili wypowiedź mojej żony, mojej mamy, która co prawda nie
jest szczęśliwa z powodu mojego rozwodu, ale z nikim nie rozmawiała. Wmanipulowali więc niewinne i pewnie cierpiące osoby do swojego podłego spektaklu. Więc ja pisemnie wycofałem wywiad i
zdjęcia. Tego też nie uszanowali. Trwa to stanowczo za długo.
Jest to pożywka, gdy bohaterem jest osoba publiczna, a nie prywatna, nie były polityk. Ja nie jestem osobą publiczną.
Nie jestem osobą publiczną, Prowadzę działalność gospodarczą na zupełnie innym polu, na własny rachunek.
Jestem prywatną osobą.
Zobaczymy, jak to zinterpretuje sąd. Jestem absolutnie przekonany, że nie będąc posłem, senatorem, radnym, nie pełniąc żadnej funkcji urzędniczej czy politycznej, nie jestem osoba publiczną
i media nie mają prawa wnikać w moje życie prywatne.
Niczego im nie daję, nie ja wynająłem fotografa, by za mną jeździł i chodził po mieście.
Zaczęło się nie od wysyłania im zdjęć, tylko nasłania fotoreportera, gdy byłem w sklepie jubilerskim. Dodatkowo sprzedawca musiał powiadomić redakcję, co ja kupowałem…
Nie jestem samobójcą, daję słowo honoru, że się z nikim na takie zdjęcia nie umawiałem. Byłbym idiotą, gdybym to robił. Niech pan porówna, jak w tej sprawie zachowuje się choćby
"Fakt", w końcu też tabloid. Ci przynajmniej są uczciwi, znają granice. Nie mogę się przyzwyczaić, że przyjeżdżając do Warszawy, nie mogę normalnie zrobić zakupów czy
spotkać się z ludźmi, bo mam na plecach majdan fotoreporterów.
Nie oburzam się, że media się mną interesują, ale oburzam się, gdy przekraczają granice, gdy łamią zawarte umowy. Nie zareagowałem, gdy pojawiły się pierwsze artykuły - wykryli to,
opisali, trudno. Ale gdy robią z tego wielotygodniowy spektakl angażujący całą rodzinę, zmyślając wypowiedzi i fakty - przeciwko temu wszystkiemu muszę się oburzyć.
Popełniłem błąd, zawierając honorową umowę z ludźmi, którzy nie mają honoru.
Bo rzeczywiście istnieje coś takiego jak funkcja byłego premiera i jest ona dożywotnia. To dotyczy nie tylko mnie, ale i innych byłych szefów rządu, których dziennikarze pytają o opinie na
różne tematy. Od tego się nie ucieknie. Jako były premier nie mogę uczestniczyć w przedsięwzięciach niepoważnych, ośmieszających siebie, przekraczających granice powagi.
W moim odczuciu nie. Nie mam z tym żadnych problemów i w tej kwestii mam czyste sumienie.
Byłem na londyńskim koncercie Perfectu, po którym Agata Wróbel powiedziała, że dźwigała już w życiu różne ciężary, ale premiera jeszcze nie podnosiła. I spytała, czy może mnie
podnieść. Nie tylko dałem się podnieść, ale ją jeszcze za to ucałowałem. Trochę szaleństwa nie zaszkodzi, jak pięćdziesiątka do golonki. Co w tym złego, że lubię się bawić?
To była kameralna impreza, a że zdjęcie z niej przedostało się do prasy, to już zupełnie nie moja sprawa.
To było zgodne z pewną logiką. Po upadku idei PO - PiS krytykowałem i PO, i PiS, jeszcze jako członek Prawa i Sprawiedliwości wskazywałem publicznie na popełniane błędy, potem wystąpiłem
z partii, a następnie, tuż przed wyborami, namawiałem do głosowania na PO i Donalda Tuska. Jestem przekonany, że zrobiłem coś bardzo dobrego. Nie wyobrażam sobie Polski dalej rządzonej przez
PiS.
Najpierw, jak większość Polaków, chciałem po prostu głosować przeciwko PiS. Teraz przekonałem się, że spokój rządzenia Tuska przynosi Polsce ogromne korzyści, zwłaszcza w polityce
zagranicznej. Myślę, że moje poglądy nie odbiegają w tej sprawie od opinii większości Polaków.
Gdy w kampanii wyborczej wsparłem Platformę, to sondaże jeszcze wskazywały na zwycięstwo PiS. I właśnie one spowodowały, że wsparłem jednoznacznie Tuska, bo przestraszyłem się zwycięstwa
PiS.
Ale też partii, która na przykład dokonała skoku na stołki w spółkach Skarbu Państwa.
Pewnie jest kilka decyzji partyjnych, ale w absolutnej większości są to osoby spoza jakichkolwiek układów, osoby kompetentne, po Harvardzie, jak Andrzej Klesyk.
W niewielkich spółkach i spółeczkach tak się może zdarzyć.
Dokonuję oceny z pewnej oddali i rozmaitych lokalnych zachowań PO nie widzę, ale wielokrotnie ostrzegałem liderów PO, że jeśli dopuszczą do wykonania przez ich partię skoku na władzę, to
bardzo źle skończą.
Kalendarz wyborczy bardzo im sprzyja. Poniosą ich wybory europejskie, a jeśli Donald Tusk nie popełni poważnych błędów, to zwycięży bez trudu w wyborach prezydenckich.
Na pewno w jakiś sposób zaangażuję się w wybory prezydenckie, ale to, w jakim charakterze - nie dziś o tym decydować. Dziś wygląda na to, że wybory te wygra Donald Tusk.
Ja tego nie powiedziałem. Jeśli będzie kandydat, który z łatwością pokona Lecha Kaczyńskiego, to wykluczam swój start w wyborach.
Uważam jego prezydenturę, do której się dość mocno przyczyniłem, za straconą dla Polski.
On ma ogromne ambicje, ale małe możliwości politycznego działania i popełnia błędy, bo już dziś sprzymierza się z PiS nie tylko we Wrocławiu. W swych wypowiedziach pozwala sobie na coraz
częstszą krytykę rządu Donalda Tuska, zamiast wspierać to, co wsparcia jest warte.
Nie jest politykiem autonomicznym, tylko opozycyjnym i zbliża się do PiS, a to nie jest moja bajka. Ja uważam, że warto wspierać to, co dobre, a nie opierać się na krytykanctwie wobec
rządzących.
Po wyborach prezydenckich nastąpią przyspieszone wybory parlamentarne wiosną 2011 r. i może je znów wygrać Platforma. Ale to nie jest przesądzone, bo jest kryzys gospodarczy, który dotknie
Polskę i który Polacy odczują. Jak to ktoś sarkastycznie powiedział, rzeczywiście będzie druga Irlandia.
Totalną. Jeśli rząd Tuska nie przekona Polaków, że z nim łatwiej pokonać kryzys, to może się to odbić na sytuacji politycznej. A drugie zagrożenie to walka wewnętrzna o przywództwo w
Platformie po odejścu Tuska.
Wydaje się, że może on zastąpić Donalda Tuska na fotelu szefa rządu, co sam rok temu proponowałem obu panom, ale on nie jest pewnym kandydatem na lidera PO.
Ja tego nie powiedziałem, nie jestem nawet członkiem tej partii, ale może się za jakiś czas zdarzyć, że osoba z takim doświadczeniem politycznym jak ja i z takim doświadczeniem gospodarczym,
jakie zdobywam w tej chwili, może się kiedyś polskiej polityce przydać. W Polsce przecież wciąż brakuje liderów, którzy mają doświadczenie polityczne, a jednocześnie dobrze poruszają
się w świecie gospodarczym.
Jestem doradcą finansowym i gospodarczym. Pracuję głównie dla jednego z największych światowych banków inwestycyjnych Goldman Sachs, ale też dla skandynawskiego funduszu inwestycyjnego
działającego w Polsce. Robię to pół roku i mogę powiedzieć, że jest to znacznie ciekawsze niż moje zajęcie w EBOiR, na które zresztą też nie narzekałem. Muszę szukać nowych możliwych
inwestycji, fuzji, przejęć, tworzenia nowych firm na terenie Polski i Europy Środkowej. To fascynująca praca, wymagająca wielkiej kreatywności.
Wymaga bardzo wielu spotkań z ludźmi biznesu i polityki, inwestorami prywatnymi, szefami firm. Przepraszam, muszę wyłączyć telefon…
To jest blackberry, ale nie taki, jak ma Obama.
Tak (śmiech).
Na przykład ma być prywatyzowana duża firma energetyczna w Polsce i pewien wielki koncern zwraca się do mnie, bym mu w tym doradzał.
Doradzał w procesie prywatyzacji.
Bo stoi za mną najlepszy światowy bank inwestycyjny, o wielkim prestiżu i doświadczeniu, a moja wiedza jest temu koncernowi potrzebna, by taką operację zakończyć sukcesem. Moja znajomość
nie tylko rynku energetycznego, ale i osób, które w tym sektorze działają, jest na pewno wielkim atutem.
Znam nie tylko ludzi, ale i sektor. Obejmowałem w państwie takie funkcje, łącznie z premierostwem, które pozwoliły mi na dokładne poznanie polskiej gospodarki. Akurat energetyka pozostaje w
kształcie, jaki ja zaproponowałem, więc jestem odpowiednią osobą do doradzania. Robię to i biorę za to pieniądze.
Wystarczające do spokojnego życia.
Czasy się zmieniły, zmieniło się Radio Maryja, w którym byłem jako premier, zmieniłem się ja, i teraz to już niemożliwe. Ale choć rzeczywiście ja sam się bardzo zmieniłem i przeszedłem
długą drogę, to moje poglądy polityczne są takie same jak kiedyś.
Nie żyję w luksusie, cygara i whisky to nie mój świat. Nie przekreślam też wartości, jakie wyznawałem, rodzina jest dla mnie nadal wielkim dobrem, z czwórką dzieci utrzymuję stały
kontakt. Zapewniłem rodzinie wszelką opiekę. Poza tym ja od lat żyję poza domem i dziś chcę tylko usankcjonować to, co trwa od dawna.
Mam nadzieję, że moje dzieci nie odczują żadnej różnicy. To rozstanie z żoną, a nie z dziećmi. Choć zdaję sobie sprawę, że przechodzą obecnie przez piekło.
… (bardzo długa cisza).
Na pewno jest to wszystko moją winą. Całą odpowiedzialność za rozstanie biorę na siebie. W końcu to ja wiele lat temu podjąłem decyzję o wyjeździe z Gorzowa. Przez te lata de facto
żyłem samotnie i doszedłem do przekonania, że ta samotność mi nie służy i dokonałem zmiany.
To bardzo trudne pytanie, bo ja widzę problem, jaki stworzyłem swojej rodzinie, ale nie jestem człowiekiem nieszczęśliwym. Wręcz przeciwnie, jestem szczęśliwy.
*Kazimierz Marcinkiewicz, były premier