Kongres programowy PiS to wyłącznie PR. Partia pokaże nowy wizerunek, w którym prym wiodą trzy gracje: Joanna, Elżbieta i Aleksandra. Kluzik-Rostkowska będzie atakować wrogów partii z lewej flanki, Gęsicka z europejskiej, a Natali-Świat z kryzysowo-budżetowej. Na tle pań, z wytrenowanym uśmiechem pojawi się Jarosław Kaczyński, niczym świeżutki kartofel w nowym mundurku.

PiS nie ma do zaproponowania nowego programu, a na zmianie wizerunku daleko nie zajedzie. Tak, jak były PiS-owski premier Marcinkiewicz. Kiedyś kreował się na statecznego ojca rodziny i kochającego męża, a teraz na romantycznego kochanka. Jarosław Kaczyński chce przejść od nienawiści do miłości, ale to miejsce już dawno zajął Donald Tusk. W dodatku nikt już w miłość prezesa nie wierzy. Nawet posłanka Szczypińska.

Partia Kaczyńskiego jest atakowana ze wszystkich stron. Z prawej przez środowiska ultrakatolickie, które zarzucają PiS fasadową religijność, nakierowaną wyłącznie na zdobywanie wyborców, a także fałszywą niechęć do UE. PiS jest w potrzasku. Kongres programowy ma dać receptę na kryzys. Jednakże Jarosław Kaczyński, przywiązany do swoich dawnych projektów, które przyniosły mu sukces w 2005 roku, niepogodzony z utratą władzy, która nastąpiła na jego własną prośbę i z jego własnej głupoty, wraca do czasów, które były dla niego najlepsze. Nie zauważa, że w międzyczasie zmienił się świat, Polska i nadszedł kryzys. Proponuje to samo, co kiedyś i liczy na powtórkę. Zapomina, że wtedy Polacy patrzyli na PiS z nadzieją. Teraz patrzą z nienawiścią i niechęcią. Tak, jak herbata nie robi się słodsza od samego mieszania, tak stare pomysły w nowej szacie nie dadzą sukcesu.

PiS ma zerowe szanse na wzrost notowań. Ofensywa wizerunkowa tylko odwlecze na jakiś czas upieczenie starego kartofla.