Pierwsza wiadomość o porwaniu Piotra Stańczaka przyszła pod koniec września 2008 roku. Żądania porywaczy były skierowane wprost do rządu Pakistanu. Najistotniejszą rolę w sprawie uwolnienia miało więc do odegrania polskie MSZ. I to ono wzięło na siebie ciężar starań w czasie tych dramatycznych ostatnich kilku miesięcy.

Najważniejsze w tej sytuacji było natychmiastowe powołanie sztabu kryzysowego ds. uwolnienia Polaka. Dlaczego aż sztab kryzysowy? Bo to sytuacja absolutnie nadzwyczajna. Nie tylko sam fakt uprowadzenia, który już jest zaczątkiem dramatu, ale żądania porywaczy, wobec których byliśmy bezsilni. To przecież nie w naszych więzieniach siedzi 60 talibów, których uwolnienie było podstawowym warunkiem stawianym przez terrorystów.

Niestety o sztabie kryzysowym w Polsce ostatni raz słyszałem w 1998 roku, kiedy odbyły się u nas pierwsze i ostatnie ćwiczenia antykryzysowe z udziałem polskich i amerykańskich służb specjalnych. Jak wiem, zainscenizowano wtedy przejazd przez Polskę tajnej grupy terrorystów islamskich wiozących ładunek nuklearny na Zachód. Wiadomo było, że siłowe zatrzymanie terrorystów grozi wybuchem ładunku atomowego. Podstawowym zadaniem ćwiczeń było obezwładnienie terrorystów na terenie Polski i przechwycenie ładunku. Miało się to odbyć na drodze negocjacji. Zanim jednak mogłyby się one rozpocząć, trzeba było zdobyć dane o terrorystach. Kim są, jak wielu ich jest, gdzie się aktualnie znajdują, jakimi środkami się poruszają i w jaki sposób planują dalej przejechać przez Polskę. Ćwiczenia trwały dwa dni, brało w nich udział kilkuset wybitnych specjalistów różnych dziedzin. Po ich zakończeniu ustalono, że sztabem kryzysowym w warunkach polskich winien kierować wicepremier, któremu podlega resort spraw wewnętrznych. On też powinien posiadać pełne uprawnienia nadane mu przez premiera.

W przypadku porwania Piotra Stańczaka należało odstąpić od tej zasady i kierownictwo oddać w ręce szefa MSZ, bo główna droga do ewentualnego sukcesu wiodła przez dyplomację. Ponadto, należało włączyć do sztabu - w roli jego wiceszefa - ministra spraw wewnętrznych. Od razu w pierwszych dniach i tygodniach, niezależnie od podjęcia starań i uruchomienia negocjacji kanałami dyplomatycznymi, istotne było powołanie przedstawicieli wszystkich służb specjalnych, cywilnych i wojskowych. Oficerów z komórek zajmujących się walką z terroryzmem.

Stałą część sztabu powinna też stanowić grupa najbardziej doświadczonych negocjatorów oraz analityków znających mentalność i zwyczaje fundamentalistów islamskich. Powinni oni dokonać precyzyjnej analizy przypadków, w których negocjacje i próby uwolnienia zakończyły się sukcesem, jak i tych, w których zakładnicy zostali zabici przez terrorystów. Tak, aby ich oceny szans ocalenia Polaka brały pod uwagę również poprzednie tego typu zdarzenia.

Do współpracy z takim sztabem należało zaprosić przedstawicieli obcych służb specjalizujących się w odzyskiwaniu porwanych zakładników. Przede wszystkim ze strony amerykańskiej, ale także kilku sojuszniczych krajów zachodnich.

Moim zdaniem sztab taki w komplecie - jeśli chodzi o polskich specjalistów - winien spotykać się codziennie. Stałymi punktami każdego spotkania powinny być: po pierwsze, raport o dotychczasowym stanie negocjacji, a po drugie, określenie działań, które trzeba podjąć w najbliższym czasie i wyznaczenie do tego osób i terminów.

Konsultantem sztabu powinien zostać szef krakowskiej firmy Geofizyka Leopold Sułkowski. Człowiek, który wielokrotnie przebywał w Pakistanie i zna świetnie tamtejsze realia. Nie bez powodu od lipca 2008 roku jest on honorowym konsulem Pakistanu w Krakowie. Niewątpliwie jego opinie i znajomość rzeczy bardzo przydałyby się w tej sytuacji. Być może udałoby się przez niego podjąć próbę nawiązania kontaktu z porywaczami nieformalnymi kanałami, np. przez rodzinę, przyjaciół czy wspólnych znajomych.

Jeśli byłoby to konieczne, Sułkowski (oczywiście gdyby się na to zgodził) mógł zostać wysłany do Pakistanu. Prawdopodobnie jemu byłoby łatwiej zasięgać języka bezpośrednio od władz pakistańskich, zebrać informacje o ich rzeczywistych staraniach, postępie w negocjacjach z porywaczami lub jego braku. Jak wiemy, rolę taką spełniał ambasador RP w Islamabadzie. Niestety optymistyczne prognozy władz pakistańskich odbiegały od trudnej i złożonej rzeczywistości. Kto wie, czy szef Geofizyki będący na miejscu i mający codzienny, naturalny kontakt z przedstawicielami rządu pakistańskiego, nie miałby lepszego rozpoznania szans na uwolnienie Piotra Stańczaka. Taka wiedza o sytuacji Polaka korygowałaby stopień nacisku na stronę amerykańską w sprawie udzielenia pomocy przez USA.

Trudno przesądzić, czy sztab kryzysowy zmieniłby los Polaka. Poważną słabością naszych działań wydaje mi się jednak powołanie sztabu kryzysowego dopiero na trzy dni przed egzekucją. A także fakt, że dwa oddzielne quasi-sztaby kryzysowe, jeden w MSZ, drugi w ABW, działały w izolacji i zabrakło koordynatora ich działań.

Wprawdzie starania o uwolnienie, jak już wspomniałem, winny się odbywać przede wszystkim na drodze dyplomatycznej i to im należało poświęcić najwięcej uwagi. Nie wolno jednak było zaniedbywać innych możliwości. Nawet wówczas, kiedy z pozoru mogły wydawać się nieprawdopodobne. Takich jak próba odbicia Polaka z rąk terrorystów. Oczywiście można ją było przeprowadzić tylko pod warunkiem, że specjaliści określiliby stopień prawdopodobieństwa powodzenia takiej operacji. Oraz zapewnili, że wyjdzie z niej żywo zakładnik i jest ona bezpieczna komandosów, którzy wezmą w niej udział. Osobną sprawą byłby ewentualny skład takiej grupy antyterrorystów. Wyobrażam sobie jednak, że musieliby w niej przeważać miejscowi komandosi, a udział Polaków czy Amerykanów byłby jedynie marginalny.