Można śmiało i z pełną odpowiedzialnością postawić tezę, że tam, gdzie powinno się zachowywać spokój i wrażliwość, środowiska katolickie i konserwatywne znalazły rezerwuar pretekstów do organizowania wspólnoty wokół narzuconych fałszywych zbiorowych emocji. Każdy taki przypadek jak Eluany Englaro natychmiast wykorzystywany jest do spektakularnych kampanii "w obronie życia" i przeciw "cywilizacji śmierci". Sypią się jak z rękawa oskarżenia o zabójstwo, naciski na władze i urzędników, przyciągające uwagę mediów manifestacje.

Polityczna instrumentalizacja sytuacji granicznych przez środowiska katolickie to jedno, ale warto zapytać też, jaką funkcję społeczną spełniają te późnonowoczesne krucjaty, skoro tak skutecznie angażują uwagę mas. Są one dla społeczeństw konsumpcyjnych doskonałą okazją, żeby bez wysiłku powspółczuć słabszemu. A najsłabszy jest przecież zarodek albo chory w stanie wegetatywnym. Pomoc sąsiadce albo choćby interwencja, gdy zza ściany słychać płacz bitego dziecka, wymagają znacznie więcej wysiłku i dają znacznie mniej satysfakcji niż partycypacja w krucjacie, gdy ratuje się od razu całe życie. A i reszta się ucieszy, bo dostanie za darmo bilet na seans prawdziwej sensacji, podczas którego w bezpieczny sposób będziemy mogli zmierzyć się z egzystencjalnymi problemami życia i śmierci. Histeryczne reakcje na problemy związane z granicami życia stają się naszym fałszywym zadośćuczynieniem za naszą bezradność i zaniechania wobec życia konkretnych, cierpiących ludzi.

Pełny tekst Sławomira Sierakowskiemu będzie można przeczytać w jutrzejszym wydaniu "Dziennika"