JOANNA MIZIOŁEK: „Jestem otwarty na kontakty z Pawłem Piskorskim. To człowiek ze wszech miar dynamiczny, pożądany na zastygającej scenie politycznej” – cytat z pana. Brzmi jak rozwód z lewicą.
JÓZEF OLEKSY: Jestem socjaldemokratą i zachowałem swoje poglądy, które wciąż są lewicowe. To jednak nie to samo, co poglądy SLD-owskie.

A deklaruje pan poparcie dla liberała Pawła Piskorskiego. To wszystko zakrawa na kpinę, bo jednak pana poglądy liberalne nie są. Chyba że już są? Na co pan liczy?
Może nie używałbym tu określania „deklaruję poparcie”. Powiedziałbym, że patrzę z zainteresowaniem i sympatią na inicjatywę Pawła Piskorskiego. Chcę, żeby ktoś zrobił ferment na ułomnej polskiej scenie politycznej. A Paweł Piskorski jest właśnie taką osobą. Moja krytyczna ocena obecnej polskiej demokracji partyjnej zbiegła się z pojawieniem SD, którego nie oceniam źle w sensie jego dotychczasowej nieobecności albo maleńkiej obecności w polityce. Do tego dochodzi też pozytywna ogólna ocena Pawła Piskorskiego.

I negatywna wszystkich innych – zwłaszcza obecnych liderów lewicy.
Jako bardzo doświadczony polityk, wiele lat funkcjonujący na scenie politycznej, sprzeciwiam się obecnemu modelowi życia publicznego Polski, które coraz bardziej odbiega od wartości. Staje się nużąco pragmatyczne, przez co ludzie dystansują się od polityki, a demokracja parcieje. Sprzeciwiam się temu i kiedy się pojawia coś lub ktoś jak np. Paweł Piskorski, który może być takim kijem w mrowisko na obecnej scenie politycznej, to liczę na to, że SD się powiedzie. Chcę, żeby to się odbyło. Poza tym ciągle następuje rozmazywanie się programowe, absolutny zanik jakiejkolwiek ideowej walki o przyszłość. Partie stają się coraz bardziej pragmatyczne i rządne władzy. Dla nich liczy się tylko kalkulacja poparcia poprzez kult sondaży, punkcików i mandacików.

SD dziś staje się zatoczką, do której spływają politycy na oucie. Najpierw Olechowski zaczął z nimi sympatyzować, a teraz pan ikona lewicy zwraca się w ich stronę. Co takiego ma SD, czego brakuje SLD?
SD jest partią przedwojenną, która przede wszystkim nie ciągnie za sobą balastu przeszłości. Nie ma złych kart z okresu wojennego, a w PRL-u całkiem się zdystansowała, choć była partią satelicką. Wtedy, co by nie mówić, broniła własności prywatnej. Chciałem dodać, że Stronnictwo pomogło obalić kontrakt Okrągłego Stołu. I w końcu najważniejsze – teraz jest lider i niech działa!

A prezydentem powinien być...?
Ja podtrzymuję, że Olechowski byłby dobrym prezydentem.

Według pana ma wszystkie cechy potrzebne na to stanowisko?
Już dziś nie powiedziałbym, że wszystkie, ale na pewno ma wiele cech, które mogłyby go predestynować do bycia dobrym prezydentem. Zaznaczam – moje słowa nie są przeciwko Donaldowi Tuskowi, bo jego też uważam za dobrą kandydaturę. Natomiast Andrzejowi Olechowskiemu grozi to, że może zostać potraktowany jako polityk od dawna obecny, a więc nie będzie nową twarzą w polskiej grze. Niezależnie od tego, czy wystartuje w wyborach prezydenckich, czy nie, to i tak zaszkodzi Tuskowi, bo może wesprzeć innego kandydata, osłabiając obecnego szefa Platformy. Ale to już są spekulacje coraz bardziej przedwyborcze. Andrzej Olechowski ma parametry i cechy, które powinny być pożądane u kandydata na prezydenta.

A Grzegorz Napieralski nie ma takich cech?
Ja nie wiem, czy Grzegorz Napieralski powinien być już rozpatrywany jako kandydat na prezydenta w wyborach. To jest sprawa partii, w której mnie nie ma. Uważam, że roztrząsanie tego tematu jest przedwczesne. Na razie to niech lepiej Napieralski wykaże się sprawnością i zdoła opanować sytuację wewnątrz partii. A to i tak jest jeszcze daleko niewystarczające, żeby mówić o prezydenturze.

Zmieńmy temat. Fenomen SD nie jest podobny do półrocznego fenomenu Libertas? Tam też pojawił się biznesmen z pieniędzmi. Z tą różnica, że oni za twarz mieli Wałęsę, a ci mają Olechowskiego.
Istnieje jakieś podobieństwo, chociaż to są zasadniczo różne sytuacje. Libertas był importowaną sensacyjką w komicznym, a może nawet żałosnym wykonaniu Lecha Wałęsy. SD natomiast trochę brzmi jak nagła sensacja, ale jednak spodziewana. Partia działa od lat, choć do tej pory nie miała tej ekspresji, którą teraz może nadać jej Piskorski. Ja trochę nasłuchuję reakcji na SD i powiem pani, że z zupełnym zaskoczeniem odnotowuję wielu chętnych, którzy chcieliby wspierać nowego przewodniczącego, a nawet tam wstępować. Wśród nich są także młodzi ludzie. Nie boję się też o zaplecze i bazę społeczną Stronnictwa. Poza tym SD może odnieść rzeczywisty sukces w przyszłych wyborach, bo rozczarowanie rządami nie będzie się zmniejszać, tylko zwiększać, a i PiS nie ma tu teraz wiele do ugrania.

To może niech pan tam wstąpi. Nie myślał pan o tym?
Nie, nie myślałem o tym dlatego, że ja nie potrzebuję się przemieszczać. Jestem Józefem Oleksym, a na nazwisko zapracowałem sobie z racji mojej biografii, zresztą momentami dość dramatycznej. Mam poglądy i będę je wyrażał. Wcale nie twierdzę, że będę wstępował do takiej czy innej formacji politycznej, ale pewnie będę miał zdanie.

Pana sympatia do SD zaskakuje polityków Sojuszu. Były już jakieś ciepłe słowa z ich strony?
W SLD jest taki zwyczaj, że jak jest złość, to się milczy. Tam na Rozbrat mało kto kogo lubi i dziś dostaję sygnały, kogo moje zainteresowanie SD ruszyło i jakie spekulacje się z tym związały.

A kogo to najbardziej poruszyło?
Słyszę, że szuka pani sensacji, ale ja w to nie wchodzę.

Twierdzi pan, że w Polsce oprócz SLD są same partie wodzowskie.
Jeżeli wodzostwo panuje, to znaczy, że oceny i decyzje podejmuje coraz węższe grono skupione wokół lidera, wodza. Jeśli to jest wybitny, genialny, charyzmatyczny przywódca, to swoje zrobi. A jeśli nie, to uszczerbek dla demokracji jest oczywisty.

Mówi pan, że na lewicy wodzostwa nie ma, ale to chyba nie jest to powód do dumy, to raczej jest przykre. A świadczy o tym, że przywódcy, lidera nie ma, a Grzegorz Napieralski jest nijaki.
Jest lider. I Grzegorz Napieralski stara się, jak widzę, być tym liderem, nawet czasem przybiera cechy stanowczości w działaniu, choć na razie raczej tego nie widać. Cały czas się mu przyglądam i nie powiedziałby, że jest nijaki. On jest w trakcie poszukiwania metody politycznego zaistnienia SLD jako lewicy żywej i odrodzonej.

Czy ktoś inny mógłby teraz zostać szefem SLD?
Liderem? To nie są rzeczy dziedziczne, tylko pochodzące z wyboru, w związku z tym pytanie jest retoryczne.

No to kto?
Nie wdaję się w spekulację, kto mógłby zastąpić Grzegorza Napieralskiego, bo on od nie dawna jest prezesem partii. To jest sprawa zależna od wewnętrznych wyborów, układów i intryg, a ich nigdy w Sojuszu nie brakowało w różnych okresach. Sam Napieralski musi myśleć o tym, jak utrwalać i utrzymywać swoją pozycję, bo pozycja lidera jest taka, że albo jest wielbiony, albo nieustannie zagrożony.

Mówił pan o strasznej miałkości programowej polskich partii politycznych. W SLD też jest taka miałkość?
Może bez słowa „straszna”, bo nie wiem, kiedy było lepiej. Może na początku transformacji, bo wtedy przynajmniej partie cechowały się ideową wyobraźnią i rozmachem strategicznym i dzięki temu transformacja poszła jako tako. Natomiast w tej chwili miałkość programowa spowodowana jest tym, że liderzy polityczni zajmują się doraźnym działaniem, codzienną bieżączką, maglem medialnym, taką nabożną postawą wobec sondaży, speców od PR-u czy marketingu politycznego. Świat nie stoi w miejscu, Europa nie stoi w miejscu i obecna bierność i płytkość elit politycznych powoduje, że jako kraj zostajemy w tyle. Polskim elitom i partiom nie wystarczy wyobraźni, żeby dobrze odczytać przyszłość. A tylko z dobrego wspólnego odczytania przyszłości można wyznaczyć program działania dla kraju.

Wracając do lewicy. SLD się kończy?
SLD jest słabą partią, która leczy rany. Na lewicy było dużo wewnętrznej szarpaniny, nie tylko w samym SLD, ale łącznie z partnerami od LiD-u poczynając. Dziś społeczeństwo staje się obojętne na demokrację i politykę. Jednym słowem utrwala się pojęcie społeczeństwa postpolitycznego. Dla lewicy jest tylko jeden ratunek, a mianowicie porozumienie SLD ze wszystkimi jej odłamami, bez dzielenia na tych, którym więcej na lewicy wolno, bo byli tak zwanymi „reformatorami” i tych, którym wolno mniej. A ja zauważam, że im dalej od PZPR, tym więcej spotykam tak zwanych reformatorów, którzy deklarują, że w PZPR się zasłużyli. Tylko że jak już mieli lewicę w demokratycznej Polsce, to ich głównym zajęciem było jej rozszarpywanie przez własne ambicjonerstwo. No ale to już taka jadowita uwaga.

Sam pan sobie zadaje cios. Paradoksalnie dziś brzmią w pana ustach słowa, że niepotrzebne już są dawne ikony, centaury polityczne, lokomotywy lewicy? Pan jest niepotrzebny?
Myślę, że pojęcie lokomotywy się kończy. Tu nie o lokomotywy będzie chodziło, chociaż mediokracja, w której żyjemy, nadal bazuje na takich sensacjach osobowych. Umie je lansować, ale umie je też niszczyć. Natomiast społeczeństwa obojętnieją, polskie także. Nie wiem, jakich dziś trzeba centaurów politycznych, żeby poderwały tłumy. Ale po co zresztą? Tłumy trzeba porywać w czasach rewolucyjnych zmian. Natomiast dziś potrzeba porwać umysły. Do myślenia, do innowacyjności, do rzetelności, do codziennej moralności, odpowiedzialności za człowieka i tak dalej, a to jest zupełnie inny typ pobudzania umysłu i myślenia ludzi niż rewolucyjny.

A potrzeba SLD sojuszu Ordynacka z PiS-em w sprawie mediów?
Nie rozumiem tego określenia o porozumieniu Ordynackiej z PiS-em, które swoją drogą ukuł Jerzy Szmajdziński. Nie wiem, o co mu chodziło. Czytam w tym jakiś sarkazm. Przecież Ordynacka ma porozumienie o ścisłej współpracy z SLD. W związku z tym, po co to rozdzielać? Zobaczymy, jak lewica będzie głosować w sprawie veta prezydenckiego i kto zostanie szefem telewizji. Z tego odczytamy dokładnie, czy jest jakieś trwalsze porozumienie, czy tylko doraźna sprawa.

Dziś nad przyszłością SLD gromadzą się czarne chmury, bo zamiast nowych reform Sojusz wraca do starych odgrzewanych haseł typu: oszczędzanie na Kościele czy parytety dla kobiet. SLD kpi czy o drogę pyta?
Jeżeli chodzi o wątek dotyczący świeckości państwa, to lewica musi o to walczyć, bo ta sprawa nie jest w Polsce przejrzysta. Chociaż, przyznam, nie podobało mi się, że SLD zaczął walkę o świeckość państwa od sprawy kapelanów – opiekunów ludzi chorych, ale może to była niezręczność. Natomiast generalnie uważam, że państwo musi być świeckie, a lewica antyklerykalna, ale nie antyreligijna. Natomiast jeśli chodzi o tolerancję, to jest to wartość europejska. Poszanowanie godności człowieka, prawa kobiet czy ich reprezentacja w Sejmie składają się na pakiet lewicowy czy socjaldemokratyczny i koniecznie muszą być obecne. Oczywiście trzeba unikać przegięć. Jednak to nie wystarczy dla ożywienia lewicy. Powiadam, gdybym miał kolegom z SLD doradzać, choć o to nie pytają, to mówiłbym – nie można odradzać lewicy tylko opozycyjną krzykliwością wobec rządu. Jeśli znowu pójdą tą drogą, to obróci się to przeciwko nim – jak wtedy, gdy SLD dał sobie narzucić w poprzednich wyborach antypisizm jako ideologię obowiązująca totalnie. I to był ich błąd, bowiem lewica antypisowska była mniej zauważalna niż antypisowskie PO!