Od dawna generał Skrzypczak znany jest z tego, że udziela śmiałych i bardzo mocnych wypowiedzi. Jakiś czas temu podczas sprawy żołnierzy biorących udział w akcji z Nangar Khel powiedział w moim wywiadzie radiowym, że jeżeli oskarżani żołnierze zostaną skazani za zbrodnie wojenne, to odejdzie do cywila. Zawsze był bardzo emocjonalnie zaangażowany w sprawy wojska. Można sobie zadawać pytanie: czy tak zaangażowane wypowiedzi biorą się u Skrzypczaka z mądrości i odwagi?

Z pewnością nie posądzam go o cynizm. To człowiek, który ma w sobie wojskowy etos i ogromne poczucie honoru. Wszystko to każe mu opowiadać o rzeczach, które są niepopularne. Należałoby się tylko zastanowić, czy żołnierz może mówić źle o swoim resorcie. Jestem zdziwiony, bo Skrzypczak nie jest nowym człowiekiem na stanowisku dowódcy Wojsk Lądowych i mógł informować o problemach żołnierzy w Afganistanie, wcześniej nie naruszając powagi przyjęcia ciała kapitana Ambrozińskiego.

Oczywiście zadziwiające są zaniedbania mające miejsce przy zakupie sprzętu wojennego. Jeśli rzeczywiście Skrzypczak sygnalizował ten problem, co nie przyniosło żadnego rezultatu ze strony ministerstwa, to wstrząs, jakim jest śmierć wojskowego, jest dobrym momentem na rozpoczęcie dochodzenia. Wszyscy wolelibyśmy, żeby generałowie mówili takie rzeczy, zanim się wydarzą tragedie. Jak na generała dobór momentu na podobne wynurzenia jest co najmniej nieodpowiedni.

Słowa tak mocne jak Skrzypczaka są walnięciem pięścią w stół. To jednak ostatni sposób, żeby kimś wstrząsnąć, nawet gdy sprawa dotyczy wojska. Żołnierz też jest obywatelem i ma swoje prawa. Po śmierci Ambroziaka wszyscy zaczynają szukać winnych. Wolałbym, żeby generałowie brali współodpowiedzialność, niż załamywali ręce i mówili, że wskazywali na błędy innych. Być może Skrzypczak wcześniej sygnalizował problemy i wraz ze śmiercią człowieka miarka się przebrała.

Generał kładzie na szali swoją wojskową karierę, która teraz pewnie stanie pod znakiem zapytania. Jego słowa wydają się rozsądne i są jak najbardziej lojalne w stosunku do wojska. Jeśli Skrzypczak wykazał się nielojalnością, to w stosunku do tych, z którymi wcześniej rozmawiał o zakupie brakującego sprzętu. To wszystko stawia w katastrofalnej sytuacji ministra Bogdana Klicha.

Wiadomo, że marzył o tym, by być ministrem obrony narodowej. Bardzo zależało mu na tym, żeby dobrze zarządzać polskim wojskiem. Trafił jednak na fatalny czas oszczędności i zaangażowania w wojnę. W MON zawsze były największe rezerwy pieniędzy, w związku z czym podczas ustalania budżetu wszyscy łakomym wzrokiem spojrzeli na wojsko. Dla ministra obrony to fatalna sytuacja. Trudno jest też utrzymać prawidłowe funkcjonowanie resortu pod premierem Donaldem Tuskiem, który ani nie ceni wojska, ani współpraca z Klichem nie jest jego mocną stroną. Nigdy nie udało mu się ukryć, że nie jest jego wymarzonym człowiekiem. W takiej sytuacji żaden minister obrony nie radziłby sobie najlepiej.

Na stanowisko Klicha premier nie znajdzie jednak zbyt wielu chętnych. Szczególnie w związku z oszczędnościami. Poza tym szef rządu zapowiada zmianę ustawy o finansowaniu armii. Gdy to nastąpi, wojsko automatycznie będzie dostawało mniej pieniędzy. Trudno więc będzie szukać osoby porywającej się na udźwignięcie tego bagażu. A nie jest miło systematycznie świecić oczami przed generałami za zmniejszone fundusze na wydatki. W tym też jest szansa dla ministra Klicha na uratowanie się przed dymisją.