Wczoraj przez cały dzień byliśmy świadkami spektaklu pod tytułem: czy inwestor z Kataru rzutem na taśmę zapłaci za polskie stocznie. Spektaklu, w którym w gruncie rzeczy nikt nie był pozytywnym, wiarygodnym bohaterem – ani tajemniczy arabski inwestor, ani polski rząd.

Czy zatem całe zamieszanie wokół ratowania stoczni należy uznać za klęskę ministra skarbu Aleksandra Grada i jego resortu? Z tym byłbym ostrożny. Grad przecież „przejął” problem stoczni w beznadziejnej już sytuacji, kiedy tylko niepoprawni optymiści mogli mieć nadzieję, że uda się utrzymać ich działalność w mniej więcej wcześniejszym kształcie. Szukał inwestora w jednym z rejonów świata, w którym należało go szukać. Naprawdę w tych czasach jest dosyć ciężko o chętnych do inwestowania w cokolwiek, a zwłaszcza w niesłychanie ryzykowny biznes stoczniowy. Inwestorzy wpłacili niebagatelne wadium i tak właściwie prawdziwe kłopoty zaczęły się bez mała miesiąc temu, kiedy wystąpili o przesunięcie terminu zapłaty.

Czego zatem brakowało w tym całym serialu oprócz oczywiście samych katarskich pieniędzy? Chyba jakiegoś rodzaju pokory. Wobec samych stoczniowców, polskiej opinii publicznej i – by tak rzec – zmiennej sytuacji ekonomicznej. Sukces nagłośniono bardzo szybko, przedstawiciele rządu podkreślali, z jakim to poważnym graczem mamy do czynienia. Nawet wtedy, gdy pojawiły się wątpliwości – dziennikarze przecież szybko wytropili, że Katarczycy są tylko rodzajem pośrednika i nie wiadomo kogo tak naprawdę reprezentują. Nawet wtedy, gdy pojawiły się perturbacje z płatnościami i wtedy, gdy rząd był wobec tego problemu tak de facto bezradny. Owszem, w sprawie stoczni i przy znajdowaniu inwestorów dla prywatyzowanych państwowych firm są potrzebne sukcesy. Ale na litość, chwalmy się nimi, gdy jesteśmy ich naprawdę pewni.