Pewien internauta wpisał się pod moim tekstem odnoszącym się do „sprawy Kataryny” następującymi słowami: „Ciekawe, czy gdyby Pan Zaremba mógł nie podpisać się pod swoim komentarzem, czy napisałby identyczny, czy może inny. Osobiście myślę, że komentarz jest taki »wyważony«, bo trzeba na co dzień wymieniać półuśmiechy z kolegami i koleżankami w redakcji – nawet jeśli się krytycznie ocenia ich postawę. Więc konieczność podpisania komentarza własnym nazwiskiem czyni nagle z odważnego dziennikarza konformistę, a jeśliby chciał napisać, co naprawdę myśli, musiałby zacząć pisać pod pseudonimem”.

NIE ZBRODNIA, LECZ BŁĄD

Choć do tych uwag wypadnie mi jeszcze wrócić, zacznę od tego, że autor cytowanego komentarza do komentarza literalnie nie miał racji. Mój tekst był “wyważony”, bo takie są moje poglądy w tej sprawie. Nie uważam samego porwania się na tajemnicę tożsamości internauty za zbrodnię. Dlaczego media zachęcane przez samych blogerów do zaglądania za wszelkie kulisy miałyby uznać nazwisko Kataryny czy kogokolwiek za jedyne tabu?

>>> List otwarty Roberta Krasowskiego do obrońców Kataryny

A jednak, co przeoczyła większość moich krytyków w sieci, uznałem kontekst tego ujawnienia za dwuznaczny, a skutki za opłakane. Nawet nie dlatego, że zdarzenie to nałożyło się na pogróżki Czumy syna. Przede wszystkim dlatego, że społeczna korzyść z tej dekonspiracji jest żadna, a wrażenie dokuczania osobie bezkompromisowej – dojmujące.

Można przytaczać do woli argumenty za tajnością internetowej twórczości – najważniejszym jest komfort bezinteresownych internautów spoza establishmentu, pozbawionych pieniędzy na prawników, za to ogarniętych obywatelską pasją. I można przywoływać racje przeciw – za nickami mogą się ukrywać nie tylko bezkarni nienawistnicy, ale i ludzie osiągający własne cele, których nie deklarują, zdolni niszczyć politycznych przeciwników czy pomagać własnym interesom. Czym bardziej wpływowy bloger, kształtujący opinię publiczną, tym natrętniej pojawia się pytanie o jego odpowiedzialność, nie prawną nawet, a moralną. A jednak w przypadku Kataryny te pytania pojawiły się tak naprawdę już po fakcie. Tym bardziej wątek chamstwa w sieci. Internet to miejsce wyjątkowo toksyczne. Ale czy akurat Kataryna była tu problemem? Nawet jeśli ostatnimi czasy w jej posty wkradała się nadprogramowa emocja, to nie większa niż w teksty wielu gwiazd publicystyki “papierowej” czy radiowo-telewizyjnej.

>>> Fakty i mity w sprawie Kataryny

WSTĘPNY BÓJ

Trudno zarazem nie odnieść wrażenia, że odsłonięcie nazwiska Kataryny stało się próbą generalną czy wstępnym bojem przed wielką wojną między zawodowymi dziennikarzami a blogerami. Formalnie zaczęli dziennikarze – nie w tym sensie, że tekst w „Dzienniku” był zaplanowaną z premedytacją zemstą – skłonny jestem w niej widzieć splot przypadków, komedię omyłek, choć rozognieni internauci z pewnością mi nie uwierzą. Ale aktowi demaskacji towarzyszyły komentarze, przede wszystkim Cezarego Michalskiego, traktujące tę sprawę jako swoisty morał z tezą: udawaliście dziennikarzy, a nimi nie byliście. Chcieliście mieć prawa, a nie obowiązki. Pouczaliście nas, a sami nie ryzykowaliście.

Była to kontynuacja, ale i odwrócenie sytuacji wcześniejszej, kiedy to zawodowi dziennikarze blogerów zauważali rzadko, za to ci zajmowali się mediami „naziemnymi” i ich personelem nieustannie. Jest zrozumiałe, że internauci o poglądach prawicowych (a tacy przeważają choćby na Salonie 24) są w stanie wojny z mainstreamowym, liberalno-lewicowym dziennikarstwem, wypominając mu mnóstwo realnych wad – od stadnego myślenia po nierówne traktowanie stron publicznej debaty w Polsce. I jest też zrozumiałe, że sympatycy PO, Adama Michnika czy lewicy typu Azraela koncentrują się na zwalczaniu prawicowych żurnalistów, dziś mimo wszystko bardziej wpływowych niż 10 lat temu. Ale zaryzykuję twierdzenie, że jednych i drugich łączy awersja bardziej pierwotna symbolizowania częstym używaniem określenia „panie dziennikarzu” jako najgorszej obelgi.

Jej przyczyny dobrze symbolizuje wystąpienie pewnego znakomitego skądinąd blogera już w ogniu awantury o Katarynę. Proponując w konwencji na poły serio zwrócenie się do firmy Axel Springer, aby odebrała „Dziennik” obecnemu zespołowi i oddała go blogerom, ten publicysta mimo woli ujawnił wątek, który ciąży nad całą tą debatą. Dla was jesteśmy uzurpatorami – tak naprawdę niezależnie od politycznych barw. Uważacie, że jesteście lepsi, mądrzejsi, uczciwsi. Czasem piszecie to wprost, czasem aluzyjnie. Ale nie da się tego wątku obejść.

DZIENNIKARZE - KRWIOPIJCY

Świat dziennikarski opisywany jest w internetowych blogach zupełnie jak świat krwiopijców w lewicowych lub Żydów w nacjonalistycznych broszurkach. Sprzedajny, groźny, przyjmowany z mieszaniną pogardy i zawiści. Nieraz dziwiło mnie, jak to możliwe, że ja, publicysta o centrowych poglądach bywałem w tych samych debatach opisywany jako człowiek dworu braci Kaczyńskich i tuba Platformy. Czy ci ludzie nie widzą, że te oskarżenia choć w części wzajemnie się znoszą, pytałem siebie. Ale nie – wspólne było przekonanie o mojej sprzedajności powiązane z wiarą w spiskowe sprężyny kierujące moimi wypowiedziami. I tak pewien bloger twierdził, że nawet kiedy w „Loży prasowej” w TVN 24 starłem się z prowadzącą na temat oceny spotu Szymona Majewskiego, uzgodniliśmy to wcześniej, żeby zareklamować obie firmy – moją redakcję i jej stację. Takich przykładów czytałem setki, może tysiące.

>>> Michalski: Liga anonimowych donosicieli

Nie jest to skarga, zwłaszcza że niektórzy moi koledzy mieli ode mnie gorzej – stając się ofiarą internetowych linczów z roztrząsaniem życia prywatnego, przypisywaniem nieistniejących motywów i wypowiedzi. Ale nie chcę się skarżyć i dlatego, że w przywołanej przez mnie na początku wypowiedzi anonimowego internauty my, dziennikarze zawodowi, powinniśmy się bacznie przejrzeć. Daleko nie wszystko, co o nas w internecie piszą, jest prawdą. A jednak...

Prawdą jest, że kierujemy się często nie tylko własnym poglądem, że uwzględniamy wiele – od linii własnej redakcji poprzez geografię siły i słabości innych mediów, własne sympatie towarzyskie, a czasem też interesy. Prawdą jest, że zajmujemy się nie zawsze tym, czym powinniśmy się zająć najbardziej – bo nakład, bo polityczna poprawność, bo każe naczelny, bo prosi kolega albo zaprzyjaźniony polityk. I prawdą jest, że w formie brutalnej, nieraz karykaturalnej wypominają nam to właśnie w internecie.

ZŁY REDAKTOR

Dlatego zanim obrazimy się po raz kolejny na nieuprzejmych blogerów, odpowiedzmy sobie na inne pytania: czy nie obrośliśmy w piórka, nie ulegliśmy rutynie, czy nie ma w nas zawodowego cynizmu? Czy nie dałoby się o nas nakręcić filmu „Zły redaktor”, tak jak kiedyś sportretowano policjanta w filmie „Zły porucznik” z Harveyem Keitelem. I czy czasem “im” nie zazdrościmy - bo częsciej niż my piszą co myślą. Wszystko.

W Polsce ta debata ma dodatkowe zabarwienie. Gdy jeden z kolegów przypominał mi, broniąc decyzji o ujawnieniu Kataryny, sytuację z Anglii, gdzie „Sunday Times” zrobił to samo z tamtejszą gwiazdą internetu, odpowiedziałem mu: czy jednak na Wyspach Brytyjskich jest tak wielu ludzi nieufających własnemu państwu? Wiara w bezkarność establishmentu, w nienaruszalność układu może przybierać chorobliwe formy, ale czy i my, dziennikarze, nie odnajdujemy jej czasem: w niesprawiedliwych wyrokach, nadymaniu ogłoszonych raz na zawsze autorytetów w sytuacjach, gdy premier straszy magistra?

Inny internauta napisał do mnie coś takiego: „Szkoda, że nikt, ale to dosłownie nikt nie zająknął się nawet, dlaczego Kataryna się ukrywa? Dlaczego dorosła kobieta nie chce mówić, jakie są jej poglądy? (...) Dlatego, że w Polsce ktoś, kto nie ma odpowiednich »przekonań« nie ma prawa wykonywać pewnych funkcji, kierować fundacją. Poparcie PO jest w tej chwili jak wizytówka, którą trzeba okazać, by dostać się do »wyższych sfer«. Nie masz wizytówki – nie istniejesz. Tak Panie Redaktorze było za komuny. Brak legitymacji partyjnej stawiał obywatela na pozycjach straconych. Wy dziennikarze nie piszecie o tym, bo po co? Katarynie to Wy nawet po cichu zazdrościcie – jej wolności i niezależności, a poza tym nieprzeciętnych zalet. Przecież Wam nie wolno ruszać pewnych tematów”. Obraz przesadny? Może, ale dziennikarzowi nie wolno abstrahować od takiej wizji rzeczywistości, bo podziela ją wielu Polaków. I nie wszystko, co oni piszą, jest urojeniem.

Nie proponuję zawieszenia broni między dziennikarzami i blogerami. Jesteśmy na napięcie skazani. I dlatego, że dla części blogerów obecność w sieci to walka z establishmentem symbolizowanym między innymi przez komercyjne media. I dlatego, że obie strony, już ponad podziałami politycznymi, opisują się karykaturalnie, ale w ich wzajemnych mniemaniach jest ziarnko prawdy.

>>> Zaremba: Współczuję Katarynie

Jakąś ofertę finału zawarł kolejny piszący do mnie internauta. Wieszcząc, że za parę lat papierowe gazety zginą (wizja przesadna, ale nie całkiem nieracjonalna), stwierdził on: wszyscy będziecie blogerami. No tak, ale jeśli założyć, że media przeniosą się do internetu, stan obecnego chaosu będzie nie do utrzymania. Wielu blogerów stanie się z kolei dziennikarzami. I społeczeństwo, demokracja nałoży na nich regulacje, których dziś tak bardzo się obawiają. Nie na internet jako taki, a na nich. Zresztą oni sami zaczną się ujawniać – bo trudno jest pogodzić opiniotwórczość z anonimowością. Już dziś blogerzy pojawiają się w radiach albo na sesjach naukowych, póki co za zasłonkami. Albo sami (może nie wszyscy) zdejmą te zasłonki, bo będzie ich zżerać ambicja. Albo będą musieli to zrobić, bo ważne tezy nie mogą padać zza węgła. Jeśli wyczytuję w blogach żądanie, aby uprawiać w sieci dziennikarstwo śledcze, zapewniam: nie da się tego robić bez związku z rzeczywistością, po godzinach. Bez kontaktu z bohaterami, bez praw, ale i obowiązków wynikających z prawa prasowego. Bez instrumentarium, którym można głęboko gardzić, ale które jest po prostu nieodzowne, jeśli nie chce się tylko przetrawiać cudzych informacji.

BĘDZIECIE JAK MY

Już dziś wielu z tych ludzi dorównuje talentem zawodowym publicystom – Rybitzky, Galopujący Major, Marcin Brixen, Foxx, Kataryna i wielu innych analizują, rozprawiają się z przeciwnikiem czy bawią się słowem czasem lepiej niż ich konkurenci z gazet i telewizji. Równocześnie w życiu publicznym uczestniczą w dużej mierze za pośrednictwem znienawidzonych mediów, to w nich znajdują, co kto powiedział, a co zrobił. Ich wiedza pierwotna jest z konieczności fragmentaryczna, chyba że korzystają z innych swoich ról społecznych. Jeśli jednak powiedzmy polityk prowadzi bloga, nie przyznając się do swojej roli, mamy do czynienia z patologią.

Dziś internauci, jutro dziennikarze, może inni niż obecni, bardziej niszowi, bo nie wiemy, jak ukształtuje się nowy medialny rynek, tak widzę przyszłość. Być może nasi nowi koledzy będą od nas lepsi, ale też z pewnością ujawnią wszystkie wady naszego środowiska.

Już dziś są wyjątkowo skoncentrowani na sobie i nietolerancyjni. Gdy prawicowi blogerzy Salonu 24 wyganiali inwektywami swoich ideowych oponentów, znanych dziennikarzy z wrogich im tytułów lub intelektualistów, chwaląc się tym otwarcie w swoich postach, nie robili niczego, czego nie zrobiłaby chętnie (niestety) większość zawodowców, gdyby nie konwenanse. Jesteście tacy jak my, chciałoby się powiedzieć, tylko przypominacie amatorskich sportowców albo niszowe kapele na pięć minut przed marszem do sławy. Nie znacie jeszcze smaku nieustających kompromisów, napięcia miedzy misją a komercją, wielu rzeczy. I może poznacie.

Co nie zmienia mojego poglądu: źle się stało, że DZIENNIK ujawnił Katarynę. I mojej pewności, że internauci uznają ten głos za wyreżyserowany, nieautentyczny. Jesteśmy skazani na konflikt.