Od kilku dni agresywni blogerzy, ale także Gazeta.pl i "Rzeczpospolita", przekręcają fakty, wmawiając DZIENNIKOWI, że ten "szantażował" Katarynę.
Uporządkujmy zatem fakty.
Jest Kataryna, twarda blogerka, bezkompromisowa i ostra, która lubi ostro zrecenzować postaci publiczne. Kataryna skrytykowała ministra Czumę. Jego syn się oburzył, zapowiedział proces. Aby
móc skierować pismo procesowe do Kataryny, zażądał ujawnienia danych osobowych. Mając numer komórki Kataryny, DZIENNIK zwrócił się do niej z prośbą o opinię. Udzieliła wywiadu.
Powiedziała, że się nie boi, że jak pismo procesowe publicznie się pojawi, to ujawni swoje osobowe dane i stanie przed sądem.
Wcześniej Kataryna nie była dla DZIENNIKA ciekawa, ale To, co dla internautów jest perfekcyjnym kostiumem, dla dziennikarzy jest prostą przebieranką. Kilkanaście godzin poszukiwań i okazało się, że kilka osób w Warszawie wie, kim jest Kataryna. Znając jej nazwisko, DZIENNIK dzwoni do niej i mówi: nazywa się pani... i co pani na to? Kataryna natychmiast przerwała połączenie. DZIENNIK dzwoni dalej, Kataryna nie odbiera.
Zostaje wysłany słynny SMS zwany przez internautów szantażem. DZIENNIK pisze w nim do Kataryny, że wie, kim jest, że chcielibyśmy, by się ujawniła na naszych łamach. Piszemy jej też, że wiemy, że inna redakcja zna jej dane. Piszemy też wyraźnie, że jeśli się nie zgodzi, my jej danych nie udostępnimy.
Kataryna nie odpowiada. Po stronie DZIENNIKA rośnie irytacja - nie taki przekaz został jej wysłany. Dzwonimy do Kataryny. Nie odpowiada. Publikujemy więc tekst "Czego się boi Kataryna?". Piszemy w nim, że znamy jej dane, dajemy kilka dowodów na to, opisujemy też próbę połączenia się z nią i trochę szydzimy z jej lęku. Zaznaczamy jednak wyraźnie, że ze względu na ewentualne zainteresowanie organów ścigania jej nie wydamy. Opatrujemy to wszystko komentarzem Cezarego Michalskiego. Złośliwym - z tezą, że internauci są odważni tylko jako anonimowi autorzy. Wystarczy do nich zadzwonić i wpadają w panikę. Ale też dodajemy ważną informację, że Kataryna, która w czasie afery Rywina nie zostawiała na Robercie Kwiatkowskim suchej nitki, w realnym świecie nie miała oporów przez zawodowym kontaktem z nim.
>>> Karnowski: Słowa w internecie mogą zabijać
Następnego dnia internauci na wyścigi ujawniają Katarynę. Zabawa polega na tym, żeby w oparciu o informację DZIENNIKA napisać jako pierwszy, jak się nazywa Kataryna. I oskarżyć o to
DZIENNIK, dowieść, że to gazeta wystawiła Katarynę na tacy Czumie. Ale po pierwsze Kataryna była gotowa sama się ujawnić, po drugie to internauci ją ujawnili. Po trzecie to Kataryna wyzwała
DZIENNIK na pojedynek. To była próba sił. Dziennikarstwo papierowe kontra internetowe. DZIENNIK wygrał i tyle.
Ciekawa w tej wojnie jest taktyka robienia z siebie ofiary. Warto więc zimno się spytać. Nic więcej.
_____________________________________________