Kiedy czytam ustawę o prawach autorskich i prawach pokrewnych, mam wrażenie, że autorom przepisów stali za plecami pełnomocnicy koncernów produkujących filmy, muzykę i gry komputerowe; wszystko, czym można młodym ludziom zawrócić w głowie, po czym dać im po łapach, jeśli będą ściągać i kopiować, a nie zapłacą. Przepis, na mocy którego można zostać skazanym nawet na rok więzienia, brzmi: Kto posiada, przechowuje lub wykorzystuje urządzenia lub ich komponenty... Chodzi tu o konsole, na których ktoś wcześniej złamał zabezpieczenia, mające chronić przed odtwarzaniem nielegalnych kopii gier komputerowych. „Kto posiada” – i już.

Jeśli oszukujesz albo grozisz, zgodnie z kodeksem karnym będziesz ukarany, o ile robisz to „w celu osiągnięcia korzyści majątkowej”. Jeśli jednak kupisz używaną konsolę, bo taka jest tańsza, możesz pójść siedzieć, choćbyś nie miał pojęcia o przeróbkach, jakie zostały w niej dokonane. I na nic podstawy polityki karnej każdej szanującej się demokracji, zgodnie z którymi nie ma przestępstwa, jeśli społeczna szkodliwość czynu jest znikoma. Konsola via internet sama zawiadamia macierzysty koncern, że została spiratowana, koncern zawiadamia policję, policja wzywa posiadacza, posiadacz dostaje zarzuty i – jeśli prokurator się postara – idzie do więzienia. Słuszne interesy koncernów uratowane. Nieuprawniona korzyść majątkowa – w postaci kupienia tańszego, bo używanego urządzenia – potępiona. I to w postępowaniu karnym, finansowanym z pieniędzy podatników, żeby było jasne.

Przepisy karne muszą być precyzyjne i racjonalne, a machina wymiaru sprawiedliwości powinna nas ścigać, tylko jeśli pogwałciliśmy społecznie doniosłe wartości. Jeśli koncern wykaże, że poniósł przez nas szkodę, może wejść na drogę cywilną i zażądać zwrotu utraconych korzyści. Ale od pilnowania interesów producentów ogłupiających gier są ich adwokaci, a nie utrzymywane przez obywateli organy ścigania.