W Bolesławcu już mówi się o batalii w obronie sądu. We Włodawie słychać, że następnym krokiem będzie zaoranie miasteczka. Sędziowie jednostek przeznaczonych do likwidacji straszą, że zmiany odbiją się na dostępie obywateli do wymiaru sprawiedliwości.

Tymczasem na razie chodzi tylko o to, by sędziowie mniejszych sądów mogli poświęcić się orzekaniu, a sprawy administracyjno-biurokratyczne oddali większym ośrodkom. I by choroba jednego sędziego nie oznaczała zawieszenia działalności całego wydziału.

Te zmiany z pewnością dla wielu będą nie w smak. Może się na przykład okazać, że wygodny układ, jaki przez lata zbudował miejscowy sędzia z adwokatem trzęsącym całą gminą, przestanie funkcjonować. Może się też okazać, że niektóre etaty urzędnicze nie będą dłużej potrzebne. Sęk w tym, że łatwiej by było bronić pomysłów ministra sprawiedliwości, gdyby podzielił się z sędziami nie tylko projektem, ale też jego uzasadnieniem. Bez tego pozostają nam dywagacje, co ustawodawca ma na myśli.

To mogą być najkosztowniejsze cztery paragrafy w kadencji ministra Gowina, bo rozpętają burzę, która nie ułatwi mu współpracy z wielkim i wpływowym środowiskiem sędziowskim. Pytanie, czy ta burza mu się opłaci. Można się domyślać, że oszczędności finansowe nie będą znaczące. Pozostaje więc liczyć na efekt w postaci wyraźnie sprawniejszego orzekania w rejonach. Chodzi o to, by zmiana nazwy z „sąd” na „wydział zamiejscowy” nie okazała się ruchem pozornym. Jeśli miałoby się tak stać, to szkoda tej rewolucji.