Pomijam już niebywałą wrażliwość naszych rodaków na każde powiedziane o nich słowo, w końcu, chociaż ubóstwiam Meryl Streep, to nie jest ona dla mnie wyrocznią. Jednak informacja powyższa jest pasjonująca z wielu powodów.

Po pierwsze, „pisze”, a nie „napisała”, czyli mozoli się, myśli i coś produkuje raczej po angielsku, ale to nie takie proste, jakby się zdawało, bo język obcy i trudny. I o czym też pisze polska posłanka, naturalnie o tym – przepraszam, bo się powtarzam, już było o tym przy okazji felietonu o Stefanie Niesiołowskim – że my inaczej rozumiemy pojęcie „gender” i wcale nie jesteśmy w tym zacofani. Może ma rację? Może w Polsce gender to co innego niż za granicą, jak na przykład bigos, który Francuzi udają, że umieją robić i nazywają „choucroute”, ale – barany – tylko ugotowali kapustę i na niej ułożyli różne mięsiwa, ale pokroić i zmieszać już im się nie chciało. Skłonny jestem się zgodzić, że w Polsce są inne aspekty i konteksty, więc inaczej wszystko widzimy. Przez polskie okulary made in China.

Dlaczego pewne rzeczy są śmieszne. Dlatego, że nie przystają do siebie. Sławny rysunek Mleczki oraz komentarz: „Obywatelu, nie pieprz bez sensu”, był dokładnie na ten temat. Kiedy na przykład słyszę Artura Zawiszę, jak mówi, że Polska jest w szponach sowieckich, to w pierwszym odruchu, jako że jestem starszej generacji, rozglądam się, gdzie by tu się schować, ale potem wybucham śmiechem. Kiedy dowiaduję się, że znajomy ożenił się z panią o trzydzieści pięć lat młodszą, to mi zbiera się na śmiech, jak sobie wyobrażę najbliższe lata jego życia. Oczywiście mogłoby mi się zbierać na płacz, gdybym mu współczuł, ale niby dlaczego mam współczuć. Kiedy w internecie na stronie jednej z gmin czytam, że wójt przeprowadził kompleksowe konsultacje z nauczycielami, to nie żal mi wójta ani nauczycieli, ale tej gminy.

Mnóstwo rzeczy na tym świecie nie pasuje do siebie i na ogół o tym wiemy, ale nie zawsze. Zwłaszcza my, Polacy, którzy nie pasujemy do niczego. Mamy za duże państwo, żebyśmy byli nieważni, i za małe, i za biedne, byśmy byli ważni. Dokonaliśmy zapewne najważniejszego czynu w drugiej połowie XX wieku („Solidarność”), ale ani nie jesteśmy dumni, ani nie możemy nawet uzgodnić, kto tego dokonał. Mamy demokrację i tak dobre czasy, ze wszystkimi minusami, jak nigdy w dziejach, ale to się nam okropnie nie podoba, a rząd to już jest wprost fatalny.

A może jest tak, że my, Polacy, jak Beata Kempa i Meryl Streep, nie pasujemy do siebie. Może głowę mamy od innej osoby, serce od innej, a resztę od jeszcze innej. Głowa do pozłoty, serce od wesołej wdówki, a reszta od zwierzęcia, którego obecnie polski chłop nie może sobie zabić i uwędzić na święta. Nie ja pierwszy i nie ostatni wyrażam zdziwienie krajem, w którym żyję. Tyle pięknej poezji i tylu ludzi nie do zniesienia. Tyle łąk zielonych pod śniegiem i tyle głupstw o brzozie. Tyle ciekawej historii i nikogo, kto by chciał ją znać.

Czy z tego powinniśmy wyciągnąć jakieś wnioski? Pewnie się nie da, bo na nic nie będzie zgody, ale to już jest wniosek: nigdy na nic nie będzie zgody! Następny wniosek: nie będzie Polak pluł nam w twarz, czyli że nie porozmawiamy z sąsiadem o naszych wspólnych sprawach, bo nie daj Boże napisze potem list. I wreszcie: nawet dwadzieścia pięć lat wolności niczego nas nie uczyło, a zatem po co się uczyć. Dzieci precz ze szkoły.

Jednak ponieważ podziwiam zapał pani posłanki, proponuję wyciągnięcie wniosku radykalnego – napiszmy narodowy list do Meryl Streep, żeby przyjechała i zrobiła z tym wszystkim porządek.