Od dziesięcioleci na czele zawodów godnych zaufania znajdował się profesor wyższej uczelni, a daleko w ogonie – oficer wojska (chociaż nie wojsko jako instytucja). Obecnie następuje nieoczekiwana zamian ról. A wynika to z banalnego faktu liczebności i jakości. Na skutek zbyt szybkich i nadmiernie entuzjastycznych reform szkolnictwa wyższego wyprodukowaliśmy (nie tylko w Polsce) poważny nadmiar profesorów, zaś odróżnienie prawdziwego profesora od zwyczajnego wykładowcy szkoły policealnej jest bardzo trudne dla niezorientowanego obserwatora. Więc profesor (jeszcze po popisach tych od Macierewicza) gwałtownie przestaje być na czele potencjalnych autorytetów. To źle i nie bronię swojego interesu, lecz tego, czego powinien uczyć profesor – czyli myślenia.

Politycy, z zupełnie innych powodów, także przestali być autorytetami, a to jest niekorzystne dla społeczeństwa. Przestali, nawet nie dlatego, że we współczesnej demokracji najważniejsze są media, a politycy w nich coraz gorzej wypadają, i nie dlatego, że są szczególnie głupsi od polityków sprzed lat kilkudziesięciu, lecz dlatego, że stworzono wrażenie, że są niekompetentni (i niestety często są).

Przez ponad sto lat autorytetami dla Europejczyków byli przedstawiciele wielkiej burżuazji, ale to było w czasach, kiedy wielka burżuazja proponowała pewien zestaw cnót i wartości. Potem okazało się, że sama tych wartości nie przestrzegała, i teraz patrzymy na ludzi, którzy są szefami poważnych korporacji jak na zdolnych złodziei, zdolnych – bo się nie dali złapać. To jest oczywiście fatalne dla życia gospodarczego, ale – zwłaszcza po kryzysie – nie da się już tej wizji przez lata zmienić. Chciwość i niebaczenie na nierówność – to główne oskarżenia formułowane przez media i przez społeczeństwa, a bez znaczenia jest fakt, jak dalece są to oskarżenia prawdziwe. Wielkie znaczenie ma natomiast wzór, który przyciąga tylko ludzi szczególnych, pozbawionych wszelkich skrupułów.

Natomiast zupełnie nieoczekiwanie, po wielu dekadach zapomnienia, z mroku wyłania się postać wybitnego zawodowego wojskowego. Churchill, który bardzo nie lubił doradców, słuchał jedynie generałów. Mówił bowiem, że tylko wojna rozstrzyga wielkie spory cywilizacyjne i w ostatecznym rachunku obrońcami humanistycznej, demokratycznej oraz liberalnej demokracji są tylko wojskowi. Po latach oczywistego negliżowania zawodowych oficerów armii PRL przychodzi pora na docenienie zawodowego wojska. Nie dlatego, iżby miała nam grozić wojna, ale dlatego, że w wojsku zaczynają służyć ludzie, którzy naprawdę coś wiedzą i coś umieją. Ponadto są to – mam nadzieję – tylko wybrani z wybranych. Nie potrzeba wielu generałów, potrzeba nielicznych dobrych generałów.

Przez dwieście lat Europa żyła w przekonaniu, że nad wojnę należy przedkładać handel. Że tam, gdzie kwitnie handel, tam nie będzie wojen. Było to przekonanie w znacznej mierze słuszne. I jest. Jednak dramatyczny upadek etosu burżuazyjnego, powszechne przeświadczenie, że handel to szwindel, powodują, iż handel nie pełni już dawnej funkcji wylewania oliwy na wzburzone fale. Wojskowi natomiast mogą przez samo ubezpieczanie nas przed wstrząsami pełnić tę funkcję. Takie dobre (lub złe – zależy od punktu widzenia) przyszły czasy.