Dogmat to pojęcie kojarzące się z teologią. Prawda wiary, z którą dyskutować nie należy. Tylko trzeba w nią uwierzyć, a w zamian dostanie się spokój ducha i przekonanie, że wszystko zmierza we właściwym kierunku. Czysty układ. Ale co w sytuacji, gdy dogmaty zaczynają rządzić w innych dziedzinach naszego życia? Na przykład z pozoru trzeźwej i opartej na twardych faktach gospodarce?

Dogmat pierwszy

Zapytajcie kogokolwiek, jakie powinny być podatki. Zaręczam, że odpowie, iż niskie. Jeśli nie bardzo niskie. Na obronę swojego stanowiska będzie miał jeden podstawowy argument: niskie podatki to dobra wiadomość nie tylko dla stanu naszego własnego konta, lecz także dla rozwoju gospodarczego. Bo dzięki temu będzie większy wzrost i więcej miejsc pracy. Czy to właśnie nie tak tłumaczone były reformy podatkowe III RP? Od tej (zablokowanej) Leszka Balcerowicza, przez ostre zredukowanie CIT w czasach Leszka Millera, po likwidację trzeciego progu PIT zafundowane przez rząd Jarosława Kaczyńskiego.

Z przekonaniem, że niskie podatki to najlepszy motor wzrostu gospodarczego, jest jednak jeden podstawowy problem. Nie ma niestety żadnego dowodu, że taka relacja wynikania tutaj zachodzi. Kilka miesięcy temu znalezienia takiego dowodu podjęli się William Gale z Instytutu Brookingsa i Andrew Samwick z Dartmouth College. Ekonomiści prześledzili zmiany stawek PIT, CIT i podatku od zysków kapitałowych na przestrzeni ostatnich 100 lat w USA. Ale znaleźli się w takiej sytuacji, jak Kubuś Puchatek, który „im bardziej zaglądał to domu Prosiaczka, tym bardziej Prosiaczka tam nie było”.

Gale i Samwick dowodu, że im podatki niższe, tym wzrost bardziej dynamiczny, nie znaleźli. Tak samo Thomas Hungerford, który w 2012 r. na potrzeby amerykańskiego Kongresu badał wpływ zmian najwyższych stawek PIT na dynamikę PKB (USA podobnie jak Polska zdecydowały się na obniżenie podatków osobistych dla najlepiej zarabiających w połowie ubiegłej dekady).

Oba te badania pokazują, że możemy pokazać okresy, w których stawki podatkowe były wysokie, a mimo to wzrost gospodarczy utrzymywał się na wysokim poziomie. Nierzadko wyższym niż wtedy, gdy podatki obniżano. Oczywiście krytyczny czytelnik zwróci pewnie uwagę na to, że na tempo wzrostu może wpływać milion innych czynników niż podatki. I co do tego pełna zgoda. Ale przecież o to właśnie chodzi. Idzie bowiem o przełamanie dogmatu, że niskie podatki to ZAWSZE dobra wiadomość dla gospodarki. Czasem tak, a czasem nie. Ale na takie myślenie w dogmacie miejsca już nie ma.

Jeśli taka argumentacja komuś nie wystarczy, spójrzmy na sprawę od strony teoretycznej. Owszem, można bardzo łatwo pokazać mechanizmy, w których obniżki podatków ożywiają gospodarkę. Bo sprawiają, że praca bardziej się opłaca – fiskus zabiera mniej od każdej zarobionej złotówki, funta czy dolara. A to, co zostanie w kieszeni, można na przykład zainwestować. Kto w tym miejscu skończy ten eksperyment myślowy, na zawsze pozostanie we władaniu dogmatu. A jeśli chce się od niego uwolnić, to powinien pójść dalej. Bo jak to zwykle w gospodarce bywa – ten sam mechanizm uruchamia trybiki pchające w kierunku dokładnie przeciwnym. Pojawia się efekt dochodowy, który (zwłaszcza lepiej sytuowanych i takich z zaspokojonymi potrzebami konsumpcyjnymi) może zniechęcać do produktywnej działalności ekonomicznej. Bo przecież swoje już zarobiliśmy, więc możemy pracować mniej.

A już strach pomyśleć, co się stanie, jeśli zapuścimy się w gąszcz międzynarodowych badań poświęconych wpływowi opodatkowania na wzrost gospodarczy. Co roku renomowane ośrodki badawcze wypuszczają takich prac kilkadziesiąt. Czy płynie z nich niepodważalny wniosek potwierdzający dogmat o pozytywnym wpływie niższych obciążeń fiskalnych na dynamikę dochodu narodowego? Nie, nie płynie. Wyjątkowo celnie podsumował to jeden z najważniejszych amerykańskich speców od podatków – Joel Slemrod z Uniwersytetu Michigan, który uważa, że pytanie o relację podatków i wzrostu PKB jest po prostu źle postawione. Kluczowa jest nie wysokość podatków, lecz to, jak rząd te pieniądze wykorzysta. To od tego zależy tempo wzrostu. A nie od samej wysokości stawki. To jest prawdziwa tajemnica różnic w poziomie wzrostu pomiędzy różnymi krajami świata.

Dogmat drugi

Spora część z nas żyje w przekonaniu, że dług publiczny to rzecz wstydliwa. Bo nie można żyć ponad stan, bo trzeba będzie zapłacić wysokie odsetki. I tak dalej. W Polsce strach przed wysokim zadłużeniem doprowadził nawet do wpisania dopuszczalnej granicy zadłużenia publicznego do konstytucji. Za co w czasie kryzysu chwalili nas równie zafiksowani na punkcie równowagi budżetowej Niemcy, którzy sobie też w czasie obecnego kryzysu podobny mechanizm do ustawy zasadniczej wmontowali. Z takiego punktu widzenia wszystko jest bardzo proste. Długi są złe i trzeba je wyplenić. Kto szybciej to zrobi, ten lepszy. Czas start. Nadal macie długi? Widocznie staracie się za słabo!

Wodzenie na pokuszenie wyznawców zadłużeniowego dogmatu najlepiej zacząć od bardzo prostego pytania. I po co to wszystko? Po co tak gorliwie te długi spłacać? Dlaczego zadłużenie na poziomie 40 proc. PKB jest powszechnie uważane za dopuszczalne i bezpieczne, a 80 proc. (albo nie daj Boże 100 proc.) to już tragedia?

W odpowiedzi usłyszymy zapewne, że wysoki dług publiczny odbija się negatywnie na wzroście gospodarczym zadłużonego kraju. W takim twierdzeniu pobrzmiewa echo uniwersalnego podejścia do tematu zadłużenia. Charakteryzował on m.in. słynne prace Carmen Reinhart i Kennetha Rogoffa z lat 2009–2010, w których duet renomowanych ekonomistów twierdził wprost: gdy poziom długu przekracza 90 proc. PKB, dynamika gospodarcza słabnie w sposób gwałtowny. Dlatego walka z zadłużeniem powinna być priorytetem wszystkich rządów. Właściwie niezależnie od szerokości geograficznej.

CZYTAJ WIĘCEJ: Komik z doktoratem o świętych prawach ekonomii: Bla, bla, bla... >>>

Z takim dictum polemizować można przy wsparciu badań zaprezentowanych niedawno przez brytyjskiego ekonomistę z Uniwersytetu w Nottingham Markusa Eberhardta. On mówi mniej więcej tak: wyobraźmy sobie plac zabaw, na którym kłębią się tabuny dzieci oraz ich opiekunowie. Każde dziecko biega w sobie tylko znanym kierunku, każdy rodzic jakoś tam na to reaguje. Ale każdy po swojemu. Jeden będzie więc biegał za maluchem krok w krok. Drugi przysiądzie zaś sobie na ławce z kubkiem kawy i gazetą, tylko co jakiś czas sprawdzając, czy berbeć nie robi sobie lub innym krzywdy. Teraz wyobraźmy sobie, że ten plac zabaw to gospodarka. A obserwujący sytuację to ekonomiści. Dokładnie i regularnie odmierzający, jak na przestrzeni czasu układają się odległości pomiędzy dziećmi a ich rodzicami. A potem zapisują to sobie w komputerach i próbują na tej podstawie wyznaczyć pewne fundamentalne zależności.

Teraz widać, że zwolennicy podejścia dogmatycznego postulują coś niemożliwego do spełnienia. Chcą zapisania jednej żelaznej reguły, że na placu zabaw dobry rodzic znajduje się nie dalej niż 3,2 cm od juniora. Niezależnie od tego, czy dziecko ma lat 4, czy może 9. Aby jeszcze bardziej podkreślić jasność wywodu, Eberhardt wybrał cztery kraje znajdujące się na podobnym poziomie rozwoju gospodarczego: USA, Wielką Brytanię, Szwecję i Japonię. Czyli – trzymając się przykładu z placem zabaw – grupę dzieci w mniej więcej tym samym wieku. A następnie próbował na wszelkie sposoby szukać, czy może tu relacja wzrostu PKB i zadłużenia układa się podobnie. Niczego nie znalazł. Absolutnie niczego. Bo nawet tutaj jeden rodzic biegał za swoim dzieckiem, a inny znów nie bał się spuszczać go od czasu do czasu z oka. Dowodzi to zdaniem Eberhardta jednego: nie ma absolutnie żadnej żelaznej reguły dotyczącej relacji długu publicznego oraz wzrostu. Dla jednego dług będzie tragedią. Dla innego znów wielką szansą. I tyle.

Od dłuższego czasu mam wrażenie, że opinia publiczna bardzo źle reaguje na tego typu wiadomości. I dlatego politycy oraz media wolą długiem straszyć albo z nim walczyć. A w najlepszym wypadku nie mówić o nim wcale. Bo po co walczyć z dogmatem. Jeszcze się przypadkiem skończy na stosie.


Dogmat trzeci

Praca musi być elastyczna. Inaczej nie będzie jej wcale. To dogmat, który zadomowił się u nas szczególnie mocno. I wypływa na wierzch, ilekroć jest mowa o ewentualnym podniesieniu płacy minimalnej albo nawet bardzo skromnym poprawieniu pozycji pracownika na zderegulowanym polskim rynku pracy.

Dogmat o płacy minimalnej podać w wątpliwość nietrudno. Zrobili to już ponad 20 lat temu ekonomiści David Card i Alan B. Krueger. 1 kwietnia 1992 r. płaca minimalna w stanie New Jersey wzrosła z 4,25 dol. do 5,05 dol. za godzinę, w tym samym czasie w sąsiedniej Pensylwanii minimalna stawka pozostała na niezmienionym poziomie 4,25 dol. Ekonomiści uznali, że to fantastyczne warunki do przetestowania powszechnego (zwłaszcza wśród lobby pracodawców) przekonania, że jak pensje pójdą w górę, to zatrudnienie spadnie i przeniesie się do sąsiedniego stanu, gdzie można płacić mniej. Na obiekt badawczy wybrano 410 barów fast ford, a więc tych miejsc, gdzie praca jest co do zasady najbardziej elastyczna i na których wpływ płacy minimalnej odbija się najmocniej. Wbrew oczekiwaniom okazało się, że wielkiej ucieczki pracodawców nie było.

Odwrotnie. Zatrudnienie w New Jersey wzrosło. A w Pensylwanii spadło.

Prawdopodobnie z powodu pojawienia się efektu popytowego. To znaczy poprawiła się sytuacja materialna najsłabiej sytuowanych mieszkańców, którzy mogli teraz trochę więcej wydawać, co odczuły również same restauracje. Praca Kruegera i Carda do dziś uchodzi za znamienny dowód, że gospodarka działa w sposób bardziej skomplikowany, niż wieszczyli to zwolennicy dogmatu o potrzebie elastyczności. A jednego z jej autorów doprowadziła nawet do roli głównego doradcy ekonomicznego Baracka Obamy (Krueger był nim w latach 2011–2013).

Na bardzo podobnej zasadzie argumentować można w odwiecznym sporze o rolę związków zawodowych w systemie gospodarczym. Dogmatyczni zwolennicy rynkowych rozwiązań przekonują, że im lepiej zorganizowany ruch pracowniczy, tym gorzej dla gospodarki, m.in. dlatego, że presja płacowa może sprawić, że firmom zabraknie środków na inwestycje. Jednocześnie można jednak pokazać, że w krajach o słabych związkach i bardzo elastycznym rynku pracy (takim jak Polska) z inwestycjami też jest problem. A dochodzi do niego jeszcze bariera popytu. Można wreszcie przywołać wiele krajów o wysokim poziomie uzwiązkowienia, sztywnym rynku pracy i wysokim poziomie płac, które potrafią utrzymać w ryzach bezrobocie i zapewnić swoim gospodarkom przyzwoitą dynamikę.

Coraz więcej ekonomistów dowodzi nawet, że relatywnie silna pozycja pracownika była nie tyle skutkiem rozwoju gospodarczego najbogatszych krajów Zachodu, ile tego rozwoju przyczyną. Pokazali to niedawno Nico Voigtlaender (Uniwersytet Kalifornijski) i Hans-Joachim Voth (Uniwersytet w Zurychu). Ich zdaniem początek temu procesowi dały epidemie dżumy, które zdziesiątkowały ludność Europy Zachodniej w XIV w. Ich wynikiem był szok demograficzny oraz to, że praca przestała być tania.

Brak rąk do pracy sprawił, że chłopom, a później robotnikom trzeba było płacić więcej. To pociągnęło za sobą jeszcze ciekawsze zjawisko. W tej sytuacji powstała naturalna presja na tworzenie się innowacji. Jedną z nich było wciąganie kobiet na rynek pracy. Aby to mogło nastąpić, musiał się jednak zmienić charakter gospodarki rolnej. I faktycznie – w XIV w. czy XV w. kraje Zachodu odeszły od wymagającej, ciężkiej fizycznej uprawy roli w kierunku hodowli zwierząt, bo w tej drugiej udział kobiet był możliwy na większą skalę. Te zmiany przyniosły dalsze interesujące skutki.

Kobiety w Europie Zachodniej stały się podmiotem. I kroczek po kroczku się emancypowały, na przykład opóźniając małżeństwo. Widać to w statystykach opartych na średniowiecznych angielskich księgach parafialnych, które przytaczają Voth i Voigtlaender. Efekt jest taki, że po dżumie w Europie Zachodniej populacja już nigdy nie odbiła i zawsze pozostawała na poziomie nieco niższym niż w krajach Europy Wschodniej albo Południowej. W ten sposób Zachodowi udało się uciec z pułapki maltuzjańskiej (wzrost produktywności i ilości dochodów skutkuje zwiększeniem populacji, nie prowadzi jednak do wzrostu standardów życiowych – aut.), a płace mogły pozostać na relatywnie wysokim poziomie – wyższym niż w krajach, w których rąk do pracy nie brakowało.

To przygotowało grunt pod kolejną innowację. Bo skoro zachodni kapitał nie może się oprzeć na taniej (lub tak jak w szlacheckiej Polsce darmowej) pracy, to musiał szukać innych czynników budujących konkurencyjność. I tak – z potrzeby – zrodziła się mechanizacja zachodnich gospodarek. A to już jest świt rewolucji przemysłowej XVIII w. Tak czy inaczej zaczęło się od relatywnie mocnej pozycji pracownika. A nie odwrotnie.

Dogmat czwarty

Prywatne zawsze lepsze od publicznego. To lekcja płynąca z gorzkich doświadczeń realnego socjalizmu. Czyżby? Zacznijmy od tego, że w większości przypadków te dwa typy własności trudno ze sobą nawet porównywać. Publiczne szkolnictwo, transport czy szpitale mają bowiem do wykonania inne zadania niż ich prywatne odpowiedniki. Polski Bus może elastycznie dopasowywać się do popytu, jednym ruchem likwidując nierentowne połączenia, PKP lub samorządowa komunikacja miejska robić tego nie powinny (choć robią), bo racją ich istnienia jest zapewnienie mobilności mieszkańcom również tych „mniej komercyjnych” zakątków kraju.

Dlatego firmy państwowe świadczące usługi publiczne z zasady będą mniej dochodowe (lub wręcz deficytowe). To właśnie cena, jaką ponosi wspólnota polityczna za to, że chce takie usługi świadczyć. Dlatego stawianie obok siebie instytucji prywatnych i publicznych jest jak wyścig, w którym jeden z uczestników ma unieść na plecach sąsiada, wuja i sędziwych rodziców, a drugi z biegaczy jest tego ciężaru pozbawiony, więc nawet jeśli wpadnie na metę pierwszy, to niewiele nam to powie o faktycznej kondycji obu atletów.

Dużo sensownej jest porównywać firmę będącą klasyczną prywatną własnością z alternatywnymi modelami takimi jak spółdzielczość lub własność pracownicza. I tu nie brak już dowodów, że dogmat o absolutnej wyższości tej pierwszej jest po prostu nieprawdziwy. Jeszcze w latach 90. Saul Estrin z London School of Economics i Derek C. Jones z Hamilton College jako jedni z pierwszych pokazali neoliberalnemu mainstreamowi, że długookresowe wyniki francuskich spółdzielni produkcyjnych nie pokazały żadnych różnic pomiędzy ich kondycją ekonomiczną (sprawność, skłonność do inwestycji) a prywatną konkurencją. Do podobnych wniosków doszedł w jednej ze swoich najnowszych prac socjolog z Uniwersytetu Adama Mickiewicza Jacek Tittenbrun. Wskazał w niej, że dla efektywności gospodarczej zakładu decydujące jest otoczenie konkurencyjne, w którym on działa, a nie forma własności. W środowisku wysoko konkurencyjnym mogą równie dobrze funkcjonować firmy o bardzo różnych formach własności. Grupowa, pracownicza, publiczna. Niekoniecznie prywatna. W podobnym kierunku idą prace Richarda B. Freemana z Uniwersytetu Harvarda. W tym jego najnowsza (rok 2013) głośna książka „The Citizen’s Share: Putting Ownership Back Into Democracy” (Udział obywatela. Jak przywrócić własność demokracji).

To tylko kilka przykładów świeżego spojrzenia na współczesne dogmaty ekonomiczne, co jest najlepszym dowodem, że gospodarka to nie średniowieczna scholastyka. To żywa dziedzina, w której poszukiwanie optymalnych rozwiązań nie ustanie nigdy. Umiejmy się tym cieszyć, zamiast zamykać się na wieki wieków w sztywnym dogmacie.

Coraz więcej ekonomistów dowodzi, że silna pozycja pracownika była nie skutkiem rozwoju gospodarczego krajów Zachodu, lecz jego przyczyną