Nieważne, kto w Paryżu rządzi, dla Rosji ma szczególne przywileje. Trzeba to sobie uświadomić zanim zaczniemy taki zarzut stawiać Marine Le Pen. To prawda, jest ona sympatyczką prezydenta Putina, jego działań, pochwalała akcesję Krymu i jest w tym od lat konsekwentna. Tajemnicą Poliszynela jest, że jej partia jest finansowana z rosyjskich źródeł. To wszystko Polaków, słusznie, niepokoi.

Ale problem jest o wiele poważniejszy - we Francji ze świecą szukać polityków, którzy nie byliby rusofilami. Do zabawnej sytuacji doszło z dwa tygodnie temu. Rosję i swojego przyjaciela prezydenta Putina odwiedził były prezydent Francji, Nicolas Sarkozy. Być może kandydat prawicowej partii w następnych wyborach za dwa lata. Przypomnę tylko, że podczas wojny w Gruzji w sierpniu 2008 roku Sarkozy jako prezydent Francji, dodatkowo przewodniczące wówczas Unii Europejskiej negocjował warunki rozejmu. Powiedzmy uczciwie, bynajmniej nie były one niekorzystne dla Rosji.

On też wkrótce po zakończeniu wojny postulował, by wrócić z Rosją do "business like usual", wtórował mu ówczesny premier Włoch, Silvio Berlusconi. Teraz po powrocie z Moskwy pisał entuzjastyczne twisty po rosyjsku "Da swidania druzia!". Nie umknęło to uwadze Marine Le Pen, która - również na Twitterze -oskarżyła Sarko, że wcale nie jest takim wielkim przyjacielem Rosji, bo nie sprzeciwiał się nałożeniu na nią sankcji. Doszło do zabawnej wymiany komentarzy, właściwie licytacji kto bardziej kocha Rosję: Sarkozy czy Le Pen i kto jest jej prawdziwym przyjacielem.

To brzmi nieco komicznie, ale pokazuje faktyczne podejście polityków z Paryża. Bo to istota problemu we Francji: która partia i którzy politycy bardziej lubią Rosję. Nie wolno przy tym zapominać o lewicy: rząd prezydenta Hollande’a mimo sankcji na Rosję rozważał sprzedanie jej Mistrali. A dwa lata temu tenże prezydent Hollande uhonorował najwyższym państwowym orderem, Legią Honorową szefową MAK, Tatianę Anodinę. W tym wszystkim jest jeszcze polityk-miliarder, Philippe de Villiers, który chce sfinalizować projekt budowy na rosyjskim już Krymie parku rozrywki (w stylu historycznym, na wzór swojej inwestycji-sukcesu w regionie Wandei we Francji).

Sensowne jest pytanie, skąd bierze się ta francuska rusofila? Z co najmniej dwóch względów: sentymentalnego i historycznego. Do Francji zwłaszcza po Rewolucji Październikowej zaczęło przybywać wielu rosyjskich emigrantów. Przez to, że wielu z nich było lub podawało się za arystokratów ta zbitka skojarzeniowa : Rosjanin-arystokrata stała się stereotypem. Rosjanie to dla Francuzów symbol romantyzmu i dzikości, to mix skojarzeń: Anna Karenina, Tołstoj, białe noce, Puszkin… Skojarzenie działające na emocje.

A do tego dodajmy fakt, że Napoleon w 1812 roku poniósł w Rosji totalną klęskę. 500 tys. zabitych lub rannych żołnierzy, wspomnienie koszmaru, jakim był koniec wyprawy i świadomość, że był to początek końca sukcesów Napoleona. Tak, jak w przypadku Niemiec i Stalingradu, tak w przypadku Francji i wyprawy na wschód - kraj ten stał się dla Niemców i Francuzów symbolem pogromcy. Rosji się boją, szanują i zabiegają o przyjaźń.

No i jeszcze kult komunizmu wyzwany przez francuskie elity intelektualne. Bardzo łatwo w paryskich kafejkach i bibliotekach Sorbony zachwycać się tą ideą, gorzej mieć do czynienia z nią w praktyce. Na to wszystko nakładają się oczywiście interesy gospodarcze. Summa summarum tworzy to wszystko mieszankę wybuchową i wpływa na nieuleczalną rusofilię francuskich polityków. Jest ona tym większa, że Rosja nie jest przecież sąsiadem Francji.