Czy to zatrzyma Le Pen w marszu po prezydenturę? Jeśli trendy się utrzymają, to za dwa lata w drugiej turze spotkają się Marine Le Pen i Nicolas Sarkozy.

System polityczny we Francji jest skomplikowany. W przypadku wyborów regionalnych zakłada on dwie tury. I to ta druga tura decyduje o zwycięstwie końcowym. Taki system pozwala na jeśli nie manipulacje, to na pewno fortele polityczne. Tak się stało także tym razem. Pierwsza tura przyniosła znaczące zwycięstwo Frontowi Narodowemu pani Le Pen. Tak dobrego wyniku Le Pen nigdy jeszcze nie miała. O ile wśród jej zwolenników wywołało to euforię, o tyle wśród przeciwników strach, złość i mobilizację. Partie mainstreamowe czyli socjaliści prezydenta Hollande’a i republikanie byłego prezydenta Sarkozy’ego postanowili zrobić wszystko, by nie dopuścić „skrajnej prawicy” do władzy. Przy znaczącej pomocy mediów.

Poza nawoływaniami do przeciwników Le Pen o masowy udział w wyborach, sięgnęli też po inne, mniej eleganckie sztuczki. I tak na przykład w regionach, w których Le Pen otrzymała w pierwszej turze najlepszy wynik, socjaliści postanowili wycofać swoich kandydatów. I zachęcili wyborców, by w tej sytuacji zagłosowali na republikanów Sarkozy’zego. Zachęcać zresztą specjalnie nie musieli, bo zwolennicy socjalistów mając do wyboru kandydata Frontu Narodowego i republikanów, sami z siebie zagłosowaliby na tych drugich. Tego typu chwytów było więcej. W efekcie Le Pen poniosła wielką porażkę, nie zdobywając żadnego regionu. Ale taki właśnie wynik wskutek takich zakulisowych rozgrywek to woda na młyn dla Le Pen, która teraz mówi o manipulacji swoich przeciwników i przyduszaniu demokracji. Do wielu jej zwolenników takie słowa na pewno dotrą.

Co jeszcze mówią nam wyniki wczorajszych wyborów? Ciekawy wynik został uzyskany na Korsyce – po raz pierwszy w historii wygrali tam tamtejsi nacjonaliści. To znamienne. Co poza tym? Francuzi pokazują czerwoną kartkę socjalistom. Rozczarowanie rządami Hollande’a, zwłaszcza po zamachach w Paryżu sprzed miesiąca, rośnie. To oznacza, że szanse Sarkozy’ego na wielki powrót do polityki zwiększają się.

Przypomina mi się sytuacja sprzed dokładnie 10 lat. Rządziła wówczas prawica, prezydentem był Chirac, Sarkozy był ministrem spraw wewnętrznych. Jego poparcie i droga ku prezydenturze nabrały impetu po zamieszkach na przedmieściach Paryża. Doszło wówczas do wielkich starć między policją a muzułmańską młodzieżą, nazwaną przez Sarko chuliganami. I ta ostra odpowiedź Sarkozy’ego tak naprawdę pomogła mu w zdobyciu poparcia prawicowych wyborców. Powiedział wtedy to, co do tej pory mówili tylko politycy Frontu Narodowego: że muzułmanie się nie integrują. Teraz jesteśmy miesiąc po tragicznych zamachach w Paryżu. Francuzi czują się zagrożeni i choć oficjalnie nie łączy się zamachów z muzułmanami i ich integracją, to jednak po zamachach zaczęło rosnąć poparcie dla polityków prawicy: Sarkozy’ego i Le Pen.

Jeśli te trendy się utrzymają, to oznacza to, że za dwa lata w wyborach prezydenckich walka odbędzie się między Sarkozym a Le Pen. I Le Pen będzie z pewnością miała o wiele większe poparcie niż kiedykolwiek przedtem ona lub jej ojciec uzyskali. Czy jednak wystarczy do zwycięstwa w wyborach? Wątpię, bo – patrząc choć by na te wybory, będące przygrywką – dojdzie zapewne do pospolitego ruszenia i sojuszu mainstreamu i mediów przeciwko Frontowi Narodowemu. Na zasadzie „każdy, byle nie Le Pen”. A czy z drugiej strony Le Pen uda się przekonać aż tylu zwolenników, by pokonać zjednoczone siły? Wątpię.