Rafał Matyja politolog, historyk, publicysta; profesor w Wyższej Szkole Informatyki i Zarządzania w Rzeszowie. Opublikował m.in.: „Rywalizację polityczną w Polsce” (2013), „Konserwatyzm po komunizmie” (2009), „Państwo, czyli kłopot” (2009)

Czy wymiana elit jest celem Jarosława Kaczyńskiego?

Jeśli mówimy o tym, co publicysta Piotr Skwieciński określił jako "trwałe przemieszczenie konfitur", to na pewno taki projekt istnieje. I ma on nawet pewną polityczną racjonalność. Kaczyński wielokrotnie doświadczył tego, że bardzo wielu ludzi dysponujących dostępem do zasobów władzy, prestiżu czy pieniędzy ma zupełnie inne poglądy niż on.

I co może z tym zrobić?

Chciałby to zrównoważyć. Tak będzie to definiował, bo w jego opinii to tylko zrównoważenie sytuacji. Ma zamiar dokonać tego metodami politycznymi, chociażby poprzez większy wpływ na spółki Skarbu Państwa lub obsadzanie telewizji publicznej ludźmi sprawdzonymi we wspieraniu PiS, a nie w bezstronności.

Na ile możliwa i skuteczna jest taka odgórna wymiana elit?

Bez względu na intencje i metody takie działanie zawsze promuje sporą grupę oportunistów i karierowiczów, którzy mają do zaoferowania bezwzględną lojalność. Tak było i po zamachu majowym, i w PRL. Ale jakościowe skutki takiej zmiany nigdy nie spełniają oczekiwań i zapowiedzi władzy. Tak będzie i tym razem.

Kiedy na przełomie lat 80. i 90. intelektualiści dyskutowali o przyszłości, pojawiały się głosy, że wprowadzana wówczas demokracja niebawem w nich uderzy. Uderzy – to znaczy wyznaczy kres ich roli społecznej i politycznej. Tak się stało?

Myślę, że przede wszystkim poważnie zmienił się skład tej grupy. Wcześniej autorytetami byli naukowcy, pisarze i artyści, których Lech Wałęsa zaprosił do Komitetu Obywatelskiego, by legitymizowali antykomunistyczną opozycję. W tej chwili tę rolę odgrywają przede wszystkim osoby zapraszane do udziału w debacie publicznej przez telewizje – i to są często celebryci albo popularni komentatorzy. Ale ich wypowiedzi czy nawet książki nie będą ważne dłużej niż przez jedno pokolenie. Zmieniła się więc grupa, która nadaje ton myśleniu. Ale jednocześnie nie jest to grupa, która decyduje o głównych sprawach politycznych i gospodarczych. Tu się nic nie zmienia – tak było wcześniej i tak jest dzisiaj.

A gdyby dzisiaj przywołać dawne pytanie Leszka Kołakowskiego – kim ma być inteligent: kapłanem czy błaznem?

Wydaje mi się, że ten dylemat mógł być istotny w czasach opresji. W latach 80., kiedy pierwszy raz czytałem ten tekst, miałem wrażenie, że dotyczy innego świata. Wtedy zresztą miałem innych mistrzów, uczyłem się spojrzenia na elity od Pawła Hertza. On mówił o elitach w kategoriach pewnej służby, funkcji wobec ogółu, a nie wyższości i pretensji do bycia naśladowanym. Hertz uważał, że elita to ludzie, którzy muszą czuć związek ze społeczeństwem, dlatego nie mogą odnosić swoich postaw jedynie do świata władzy. Poza tym elita nie jest esencją życia społecznego i nie może tak siebie traktować, uznając, że jej działania są niezwykle ważne. Dla mnie kluczowe pytanie brzmi – czy elita intelektualna stara się dobrze służyć narodowi i społeczeństwu?

Odpowiedź zależy pewnie od tego, jak zdefiniujemy tę służbę.

Chodzi o myślenie w kategoriach kultury narodowej, i to w długiej perspektywie. Narodowej, dlatego że jak mówił Hertz, głównie za jej pośrednictwem uczestniczymy w sprawach uniwersalnych. Tak widzę zadanie intelektualistów. Liczy się to, czy dobrze rozpoznają sytuację. Czy mówią społeczeństwu trudne, gorzkie prawdy o nim samym, o władzy i o świecie. Czy przekazują tę prawdę także o samych intelektualistach, o własnych sporach i uwikłaniach.

Tylko gdzie jest ta prawda? I czy można ją wskazać w sposób jednoznaczny?

CZYTAJ WIĘCEJ W eDGP>>>>