Jednak nawet w Polsce konsternację może wzbudzić to, że projekt dotyczy m.in. „odformalizowania procedur obsadzania stanowisk kierowniczych”. Dla mniej zorientowanych: AMW zarządza majątkiem wartym miliardy, ma dziesięć oddziałów regionalnych. Jak nietrudno się domyślić, te oddziały potrzebują dyrektorów, dyrektorzy zastępców itd. I o ile dotychczas prezes i dyrektorzy wybierani byli w konkursach, co w jakiś sposób powodowało, że choć wygrywali swoi, to w miarę kompetentni i z zachowaniem pewnych procedur, o tyle teraz będą mogli wygrywać wszyscy. To znaczy swoi, ale już niekoniecznie z potrzebnymi papierami. Próbką takiego myślenia było osadzenie sławnego już Bartłomieja Misiewicza w radzie nadzorczej mającej 5 mld zł rocznych obrotów Polskiej Grupy Zbrojeniowej. Chłopak ma 26 lat i nie ma nawet licencjatu, nie wspominając o tym, że posiedzenia rad nadzorczych mógł co najwyżej oglądać w amerykańskich serialach.

Jednak bardziej istotny od tego, że minister upycha swoich akolitów na dobrze opłacanych posadach, jest pewien kierunek formalnoprawny, który przyjął Antoni Macierewicz. Uznał on, że wygrana w demokratycznych wyborach daje mu mandat do tego, by niczym król Ludwik XIV twierdzący, że „państwo to ja”, uznać, że „ministerstwo to ja”. Można w  tym miejscu też przytoczyć wzorce ze Wschodu, gdzie władzę w przepisach wojskowych Piotra Wielkiego zdefiniowano tak: „Jego Cesarska Mość jest monarchą samowładnym, który za swoje czyny nie musi odpowiadać przed nikim na świecie, potęgę i władzę nad swymi państwami i ziemiami sprawuje zaś jako chrześcijański suweren, wedle własnego życzenia i własnej woli”. Oczywiście, nie twierdzę, że Antoni Macierewicz jest niczym rosyjski despota. Szanuję go za jego dokonania w walce z PRL i swego rodzaju niezłomność. Jest również ujmująco grzecznym rozmówcą.

I dlatego uważam, że warto na jego decyzje spojrzeć w szerszym kontekście, który wychodzi poza plemienne waśnie PO-PiS. Jedna z podstawowych różnic między Wschodem a Zachodem jest taka, że w tym drugim rządzą instytucje i władza porusza się w jasno zakreślonych ramach. Z niemieckiego to Rechtsstaat.

Zwyczajnie po polsku – państwo prawa. Tymczasem minister Macierewicz stawia na ludzi. Mniejsza z tym, że swoich ludzi – dziwne by było, gdyby było inaczej. Ale ten polityk stale rozszerza władzę przysługującą ministrowi obrony (m.in. przejmując formalnie kontrolę nad polskim przemysłem obronnym, teraz zmieniając ustawę o  AMW, a w międzyczasie dokonując dużych roszad w kierownictwie wojskowym), bazując właśnie na „odformalizowaniu”, które pojawia się nawet w oficjalnym opisie nowej ustawy.

Taki kierunek sprawowania kontroli nad resortem, powoduje, że minister obrony będzie miał naprawdę duże pole do popisu. Powoduje, że następca ministra Macierewicza będzie mógł w jeszcze prostszy sposób zaburzyć ciągłość instytucjonalną w obszarze, gdzie taka ciągłość jest bardzo wskazana. Sfera obronności nie lubi gwałtowności.

Kolejną konsekwencją takiego sposobu zarządzania ministerstwem jest fakt, że w przypadku gdy następca Macierewicza będzie osobą nie tak mocną politycznie, to Wojsko Polskie może naprawdę ucierpieć. Jestem przekonany, że minister Macierewicz takiego obrotu sprawy by sobie nie życzył. Między innymi dlatego warto się zastanowić, czy koncepcja „ministerstwo to ja” w dłuższej perspektywie zwiększy nasze zdolności do obrony.