Słowo "premier" oznacza pierwszego. Francuska etymologia. Polskim przyzwyczajeniem jest najwyraźniej stawianie tego urzędnika na końcu listy osób, które wypada znać. Zwłaszcza, jeśli jest on już polityczną historią. W nadwiślańskiej polityce klimat zatem biblijny: pierwsi będą ostatnimi.

Nie wiem, nie znam się, zarobiony jestem

Nie od razu jednak. Urzędujący premier jest zasadniczo rozpoznawany (i oceniany) przez obywateli, jego poprzednik - na zasadzie prostych porównań - również funkcjonuje w świadomości społecznej. Im dalej jednak od bieżącej polityki, tym z pamięcią opinii publicznej gorzej. O ile łatwo wskazać premierów z ostatnich lat (tu z "poparciem"9-11 proc. wygrywają Tusk i Szydło; dalekie miejsce premier Kopacz daje zaś tylko do myślenia na temat polityki personalnej samego Tuska), o tyle z "zamierzchłych" lat 90. trudno jest zidentyfikować szefów rządów do tego stopnia, że ewentualne ich dobre wspominanie waha się w granicach błędu statystycznego (Bielecki, Suchocka, Pawlak, Oleksy, Belka) - z wyjątkiem tego, który otwiera całą epokę III RP (Mazowiecki - trzecie miejsce, ale już tylko z 8 proc.).

Najważniejszą pozycję w tym rankingu zajmuje jednak premier "nie wiem". To nakazuje zaś potwierdzić kłopoty Polaków nie tylko ze wskazaniem szczególnych osiągnięć określonych szefów rządów od 1989 r., ale i z podstawowym dla komunikacji politycznej, spersonifikowanym jej odbiorem. Możemy oczywiście dopuścić tłumaczenie, że przez ostatnich 27 lat nie działo się w Polsce nic dla nas szczególnie istotnego, ale takie stawianie sprawy będzie chyba lekką przesadą.

Czarna dziura trzeciej RP

Najnowsza wersja państwa polskiego pozostaje zatem dla znacznej części obywateli - zwłaszcza młodych i zwłaszcza z wykształceniem podstawowym - obszarem nieznanym i obojętnym zarazem, "nieogarniętym" nawet na bazie poszczególnych urzędników pełniących funkcję szefów kolejnych rządów. Ta grupa posiada jeszcze jedną, deklarowaną cechę: nie zamierza brać udziału w życiu publicznym, odmawia uczestnictwa w wyborach już dzisiaj. Z punktu widzenia marketingu politycznego to ci, którzy dobrowolnie zostaną w domach, pozwalając na rozstrzygnięcie wyborcom, którzy będą zmobilizowani przez sztaby i kandydatów. Zwycięzcy wyłonią zaś kolejnego premiera, czego prawie połowa społeczeństwa nie zauważy.

Król niechęci jest tylko jeden

W tych warunkach łatwiej też wprowadzić na scenę polityczną osobę bez charyzmy, oddaną szefowi partii, personę znikąd, która przez swoich będzie akceptowana, a przez znaczną, obojętną wobec niej część społeczeństwa nie będzie przecież znienawidzona. A taki problem mógłby mieć ciekawy wyjątek pośród nieznanych premierów III RP - Jarosław Kaczyński, od lat bardzo znany, bo od lat zajmujący ostatnie miejsca w rankingach zaufania. Ale już osoby, którym on sam pomógł stać się premierami - Marcinkiewicz i Szydło - wypadają w omawianym sondażu o niebo lepiej od swojego "promotora".

Inżynieria społeczna w natarciu

Skoro pamięć ludzka jest krótka, to zastępowanie szefa partii na stanowisku premiera personalnym, jednorazowym ersatzem ma głęboki politycznie sens. Ersatz jest do wymiany, jak kiedyś Wałęsowskie zderzaki. Za kierownicą - umieszczoną z tyłu siedzenia nominalnego premiera - może usiąść kontrowersyjny partyjny lider. W razie wizerunkowego wypadku "jego" premier będzie służył za poduszkę powietrzną. O tych, którzy zeszli ze sceny, mało kto pamięta. Polityka nie znosi zaś próżni. Bez problemów pojawiają się kolejni "zastępcy". Ignorancja elektoratu, dla którego liczy się tu i teraz, jest błogosławieństwem dla rządzących.

Zresztą, w warunkach powszechnego zapomnienia zawsze znajdzie się czas na "prostowanie" niewygodnej dla bieżącej władzy historii. Tym, którzy "nie wiedzą, nie znają się, zarobieni są", łatwo podsunąć nowych politbohaterów, nie tylko (i nie tyle) zresztą premierów: tzw. żołnierzy wyklętych, "poległych nad Smoleńskiem" itd. To zaś sprawi, iż odpowiedź na pytanie na przykład o nazwisko przywódcy Solidarności z lat 80. może już niedługo nie być jednoznaczna. I o to właśnie chodzi. By pula tych, którzy mówią "nie wiem" (ergo: "nie chcę wiedzieć") zbliżała się do co najmniej 40 proc. Klasycznie - kto kontroluje przeszłość, ma władzę nad przyszłością.

Ktoś jednak musi mieć ogólne pojęcie o ciągłości władzy państwowej. Między innymi z tego powodu Amerykanie numerują swoich prezydentów.