A czemu nie tych, którzy mają na swoje utrzymanie jedynie najniższą pensję? Z drugiej strony czy faktycznie finansować te zmiany powinni ci, którzy zarabiają 7 tys. zł na rękę, często mając jeszcze na głowie niemały kredyt do spłacenia? To już jest ten nasz próg bogactwa? Wreszcie można by dyskutować: czy nie dałoby się uporządkować problemu zbyt niskiej kwoty wolnej w jakiś prostszy sposób? Czy licząc podatek do zapłacenia, zawsze musimy pół wieczoru zarzynać kalkulator, by potem i tak okazało się, że w deklarację wkradł się błąd i trzeba składać korektę?

Powtórzę: można by się zastanawiać. Ale po co? Owszem, w większości demokracji przy tego rodzaju zmianach odbyłaby się zażarta debata w parlamencie. A w komisjach posłowie zadawaliby powyższe pytania, wykłócając się o każdą złotówkę i każdy procent. To jednak nie u nas. Od roku oglądamy politykę absolutnego posybilizmu: nie ma już, że się nie da. Trzy dni na pełną procedurę legislacyjną? Proszę bardzo! Zmiany zasad opodatkowania ogłaszane w ostatniej dobie, kiedy jest to jeszcze możliwe, by obowiązywały od Nowego Roku? Czemu nie! Ustalane bez konsultacji społecznych i opinii sejmowych analityków? Jasne, że tak!

Racjonalny gospodarz zastanowiłby się jednak przy okazji, czy dla wprowadzania tych zmian – które i tak wprowadzone zostaną – naprawdę trzeba zatrudniać 460 posłów i 100 senatorów. Koniecznie musimy płacić im diety, dodatki, fundować przejazdy i poselskie biura w całej Polsce po to, by ostatecznie i tak nie mieli nic do powiedzenia? Nie mówiąc już o panu prezydencie, któremu stuknął rok z okładem, odkąd ostatni raz zakwestionował jakąkolwiek ustawę przedstawioną mu do podpisu. Szukając pieniędzy potrzebnych na wsparcie dla najuboższych, żal nie skorzystać z takiego pola do redukcji przerostów zatrudnienia. Że się nie da? Nie wierzę. Na pewno się da.