Na szczęście nie jest już tak, że jedyne, co można od liberałów na temat nierówności usłyszeć, to zdanie „zostawmy wszystko rynkowi, on już to załatwi”. Tak myśli już tylko niewielka garstka dogmatyków. Pozostali próbują wejść do debaty z bardziej konstruktywnymi pomysłami. Takie idee zebrał niedawno dla konserwatywnego waszyngtońskiego think tanku American Enterprise Institute ekonomista Dean Baker.

Pierwszy z pomysłów to deregulacja zawodów. Ale nie tak jak u nas, gdzie za czasów ministra Gowina (wtedy PO, dziś PiS) deregulowano jak leci dla samej deregulacji. Tutaj mamy deregulację zawodów najlepiej płatnych. Przyczyna jest prosta. Wszędzie w rozwiniętym świecie działa zasada św. Mateusza (zwana czasem uniwersalnym prawem kapitalizmu). To znaczy, że tym, co mają, będzie jeszcze dodane. A jak masz dużo pieniędzy, to będziesz ich miał jeszcze więcej. W Stanach Zjednoczonych to zjawisko jest jednak podniesione do kwadratu. Lekarze specjaliści zarabiają tu prawie dwa razy tyle co ich koledzy po fachu w innych gospodarkach rozwiniętych. Podobnie (choć w nieco mniejszym stopniu) jest z prawnikami, architektami czy dentystami. Do ich świata można by więc spokojnie wpuścić trochę więcej konkurencji. Na przykład łagodząc ograniczenia dla zagranicznych lekarzy. Bo oni dziś muszą odbyć specjalne przyuczenie (residency program), zanim zostaną dopuszczeni do rynku. A dostać się na nie jest wcale łatwo (ograniczona liczba miejsc, gdzie można takie rezydentury odbywać).

Zostańmy jeszcze przez moment przy medycynie. Innym sposobem na redukcję nierówności dochodowych jest ułatwianie Amerykanom turystyki zdrowotnej. A więc wyjazdów na leczenie lub operację do krajów tańszych (Argentyna, Tajlandia). Oczywiście, że jest to droga podobna do tej, na którą trzy, cztery dekady temu wszedł zachodni przemysł. I skończyło się outsourcingiem produkcji oraz likwidacją miejsc pracy. Za co Zachód płaci dziś cenę polityczną (Trumpa wybrali również dotknięci tym procesem mieszkańcy zdezindustrializowanego „pasa rdzy”). Autor opracowania AEI dowodzi jednak, że mówimy tu o spuszczeniu odrobiny powietrza z branży medycznej, która wyrosła ponad miarę.

Jeśli to kogoś nie przekonuje, Baker pisze jeszcze o kilku innych pomysłach. Na przykład o likwidacji CIT. A więc podatku dla korporacji. Który wysoki nie jest, ale robi dużo złego. Sprawia na przykład, że firmy marnują krocie na sztab specjalistów od podatkowej optymalizacji. Tymczasem – pisze Baker – CIT można zastąpić innym mechanizmem. Zgodnie z którym spółki byłyby zobowiązane do oddania rządowi części swoich udziałów. Mogą to być akcje pozbawione prawa głosu, bo nie chodzi tu przecież o to, by rząd zyskał wpływ na losy firmy. Idzie raczej o to, by stworzyć nowy mechanizm opodatkowania kapitału. Właśnie w formie współdzielenia zysków.

I na koniec jeszcze pomysł z dziedziny praw autorskich. Dziś copyright jest z jednej strony krytykowany (bo blokuje swobodny przepływ idei, towarów i usług, a na dodatek zbyt często staje się faktycznym sposobem zapewnienia sobie pozycji monopolisty przez wielkie firmy). Z drugiej jednak trudno zaprzeczyć, że gdyby praw autorskich w ogóle nie było, to mielibyśmy dużo mniej zachęt do kreatywności. Jakimś sposobem na wyjście z tej pułapki znów jest transakcja wiązana. Rząd likwiduje prawa autorskie, ale w zamian tworzy system wspierania twórców. Ufundowany na podobnej zasadzie co (działający również u nas) system zasilania organizacji pozarządowych pieniędzmi z podatków osobistych. Twórcy mają więc na chleb z masełkiem, a prawa autorskie przestają kłaść się cieniem na przepływie idei oraz obiegu gospodarczym.

Tekst Bakera jest ciekawy jeszcze z jednego powodu. Zdaje się, że w osobie Donalda Trumpa Ameryka zyskała prezydenta skorego do podejmowania nietuzinkowych decyzji. Ale z drugiej strony pozbawionego konkretnego programu. W amerykańskiej publicystyce zaczyna się więc chyba proces suflowania prezydentowi nowych koncepcji. Wyścig do ucha tamtejszego „prezesa”. Niewykluczone zatem, że o wspomnianych tu pomysłach (dziś pewnie fantastycznych) jeszcze usłyszymy.